Recenzja filmu: "Każdy chce być Włochem", reż. Jason Todd Ipson
Każdy chce być Włochem
Pozbawiona logiki fabuła bawi po pachy.

Jeżeli ktoś uważa „Moje wielkie greckie wesele” albo „Ja cię kocham, a ty z nim” za arcydzieła, to koniecznie powinien też zobaczyć romantyczną komedię „Każdy chce być Włochem”, napisaną i wyreżyserowaną przez niejakiego Jasona Todda Ipsona. Dowcipów w stylu „szukam chłopaka lepszego od mojego wibratora” jest w niej całe mnóstwo. Aktorstwo na poziomie amatorskiej produkcji nie zawodzi. Pozbawiona logiki fabuła bawi po pachy, pod jednym wszelako warunkiem. Trzeba polubić głównego wykonawcę: Jaya Jablonskiego, trzeciorzędnego amerykańskiego aktora polskiego pochodzenia o solidnej urodzie amanta filmu pornograficznego.

Rzecz jest o cierpieniu osiłka, sprzedawcy ze sklepu rybnego, który przespał się z siostrą swojej narzeczonej (bo tylko idiota nie skorzystałby z okazji), a potem przez osiem lat błaga swoją byłą, by jednak go nie porzucała. Tymczasem rozsądnie myśląca dziewczyna układa sobie życie bez niego. Akceptując nawet bardzo niskie standardy amerykańskiego kina niezależnego, warto od samego początku pamiętać, że poza irytującymi stereotypami na nic więcej w tym melodramacie liczyć nie można. Nie wiedzieć czemu pozbawiony osobowości macho ze sklepu rybnego zdobędzie w końcu serce nie tylko dawnej narzeczonej, ale też nabierającej się na jego kłamstwa o włoskim pochodzeniu seksownej pani weterynarz (Cerina Vincent). Nie zdradzam pointy, uprzedzam tylko lojalnie, że kupowanie biletu na tę wakacyjną bzdurę nie ma sensu. A kto nie wierzy, jego strata.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj