Recenzja płyty: Ornette Coleman, „Beauty Is a Rare Thing”
Piękna magia
Dzika podróż w inny wymiar, której nie wypada nie przeżyć choćby raz.
materiały prasowe

Nie pospieszyliśmy się z reakcją, gdy ten zestaw wyszedł w nowej edycji trzy miesiące temu, ale skąd mieliśmy wiedzieć, że to będzie ostatnia pozycja w długiej dyskografii Ornette’a Colemana? Niemal do śmierci koncertował, nie tracąc sprawności w grze na saksofonie, a jako 85-latek wydawał się wieczny, co czyniło z niego wyjątek wśród gwiazd dawnej awangardy jazzowej. Przeżył zresztą wszystkich członków swojego zespołu z pierwszego okresu działalności, który dokumentuje właśnie na sześciu płytach „Beauty Is a Rare Thing”: trębacza Dona Cherry’ego, basistę Charliego Hadena, perkusistę Billy’ego Higginsa. A cały ten zbiór nagrań dla wytwórni Atlantic z lat 1959–61 (z licznymi niepublikowanymi wcześniej utworami) można z pewnym przybliżeniem traktować jako muzyczny testament Colemana. Oczywiście usłyszymy tu lekkie frazy, grane przez lidera w wysokim tempie (i w stylu, który wywoływał porównania z twórczością Charliego Parkera).

Ornette Coleman, Beauty Is a Rare Thing, Atlantic/Rhino

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną