Dorota Szwarcman: – Na Konkursie im. Wieniawskiego doszła pani do półfinału, ale za to otrzymała pani nagrodę Wandy Wiłkomirskiej i została doceniona przez kapitułę krytyków. Czy te nagrody nadały rozpęd pani karierze?
Aleksandra Kuls: – Jak najbardziej, chociaż nie nazywam tego karierą. Mam przed sobą bardzo wiele koncertów w Krakowie, Warszawie i innych miastach. Przychodzą zróżnicowane propozycje: recitali, półrecitali i – z czego szczególnie się cieszę – występów z orkiestrą.
Chyba nie miała wcześniej pani wiele okazji do grania z orkiestrą.
Nie miałam, ale zaraz po konkursie, w grudniu, pojawiły się takie zaproszenia. Teraz czuję się pewniej na dużej scenie.
Jest was piątka rodzeństwa – wszyscy grają albo grali?
Tak. Moja młodsza siostra teraz kończy średnią szkołę muzyczną, jest pianistką. Może w przyszłości stworzymy duet? Jedna ze starszych sióstr gra na wiolonczeli, a druga kończy studia na architekturze krajobrazu; grała na skrzypcach. Brat, który już ma własną rodzinę, grał kiedyś na fortepianie.
Rodzice też mają wykształcenie muzyczne?
Tradycje muzyczne w naszej rodzinie są od pokoleń. Mama uczyła się kilka lat gry na fortepianie, a tata na akordeonie. Nasze dwie prababcie były pianistkami (babcia też), a dziadkowie i wuj – grali na skrzypcach.
Poszła pani w takim razie męską linią.
To zabawne, ale można tak powiedzieć. Babcia, kiedy jeszcze z nami była, często nam grała. Chodziliśmy też na koncerty. Dla mnie pójście do szkoły muzycznej było bardzo naturalne.
Chyba nie było łatwo, kiedy wszyscy musieli ćwiczyć?
To prawda, ale w okresie, kiedy ja ćwiczyłam, grałyśmy już tylko we trzy: oprócz mnie młodsza i starsza siostra, więc zawsze można było znaleźć jakieś trzy pokoje, żeby każda ćwiczyła u siebie – pianistka tam, gdzie pianino, a my pozostałe w swoich pokojach.