Rozmowa z Dorotą Kędzierzawską
Pierwszy krzyk

Czy uprawia pani kino kobiece?

Nie wiem, co to znaczy kino kobiece. I nawet nie chcę wiedzieć, choć często jestem o to pytana. Odpowiadam, że jeśli Eskimos robi film, to niewątpliwie jest w nim coś eskimoskiego, podobnie w filmie kobiety jest jakaś kobieca wrażliwość, ale to wcale nie jest takie istotne. Po prostu jestem reżyserem.

Zapewne bywa jednak pani zapraszana na liczne festiwale filmów kobiecych.

Tak, dwa razy miałam przyjemność skorzystać z zaproszenia. Pojechałam do Francji razem z moją asystentką, co gospodarzy ośmieliło do zadania pytania, czy ona jest moją żoną. Jak się okazało, same lesbijki się zjechały. Wyjechałam jak najprędzej. Natomiast w Stanach Zjednoczonych, w Seattle, był normalny festiwal, tyle że pokazywano tam wyłącznie filmy zrobione przez kobiety albo o kobietach. Nikt mnie nie pytał o preferencje seksualne.

Dzwonią do pani z pism kobiecych, zadając podchwytliwe pytania?

Czasami. Kiedyś zadzwoniła dziennikarka przed północą, pytając, co ja sądzę o przemocy. Gdyby była bliżej mnie, mogłaby się przekonać dotkliwie, co ja o tym myślę.

Pani droga do reżyserii była trochę skomplikowana. Wiem, że ma pani w życiorysie „epizod moskiewski”.

Chciałam zdawać na reżyserię, ale strasznie bałam się łódzkiej szkoły filmowej, drżałam ze strachu, ilekroć przechodziłam ulicą Targową. Zaczęłam więc studiować kulturoznawstwo, a potem pojawiła się możliwość wyjazdu na reżyserię do Moskwy, więc chętnie skorzystałam.

Chciała pani tam studiować, był to świadomy wybór, czy po prostu skorzystała pani z okazji?

Zawsze podobały mi się rosyjskie filmy, nie cała kinematografia oczywiście, zwłaszcza rzeczy wyraźnie służące propagandzie, ale proste opowieści o zwykłych ludziach. Było w nich wiele ciepła i współczucia dla słabszych i pokrzywdzonych przez los. Odkrywałam w tych obrazach jakiś ludzki wymiar, coś, czego brakowało mi w filmach amerykańskich, gdzie panuje kult silnych ludzi, supermenów. Chciałam poznać rosyjskich reżyserów, przyjrzeć się, jak oni to robią. Pierwszy rok był wspaniałym przeżyciem, opiekował się nami Chucyjew, jeden z największych artystów ówczesnego radzieckiego kina.

Po półtora roku wyjechała pani jednak z Moskwy.

Bo zrozumiałam, że chcą mnie kształtować nie tylko jako reżysera, ale także jako człowieka. To stawało się bardzo nieprzyjemne. Pamiętam, że w tym czasie, był to koniec lat siedemdziesiątych, gościła w Związku Radzieckim grupa znanych polskich reżyserów, którzy pokazywali swe filmy. Gospodarze nie byli nimi raczej zachwyceni, bynajmniej nie z powodów artystycznych. Chucyjew powiedział wtedy bardzo sieriozno, że on mnie nauczy, jak się robi filmy po rosyjsku, co znaczyło, że nauczy mnie również myśleć. Nie chciałam, żeby mnie uczył.

No i znalazła się pani w łódzkiej szkole, której się pani już nie bała?

Wciąż się bałam, na zajęciach chowałam się pod ławkę, rektor Kluba nieraz z tego powodu ze mnie żartował.

Mówi się, że reżyser musi być jednocześnie artystą i kapralem.

Bardzo trudno przyszło mi odkrywać w sobie cechy kaprala. Ale w końcu musiałam. Pierwszy raz krzyknęłam na planie filmu „Diabły, diabły”, gdzie miałam trudne zdjęcia, pracowałam z Cyganami, ale to nie oni mnie zdenerwowali, lecz polska ekipa.

Czy taki pierwszy krzyk to jest ważne przeżycie dla młodego reżysera?

To było tak, jakbym przekroczyła pewną granicę dorosłości. Prysła moja naiwność...

A więc robienie filmów może być rodzajem terapii?

Na planie się zmieniam, potrafię być niezłą jędzą. Potem wracam do domu i się rozładowuję, krzycząc na córkę.

Nie wolno krzyczeć na dzieci.

Wiem, toteż ostatnio przestałam.

Dopiero w ostatnim pani filmie „Nic” pokazali się dorośli w głównych rolach, wcześniej pracowała pani niemal wyłącznie z dziećmi.

Jak już mówiłam, byłam osobą niewyobrażalnie nieśmiałą, i, choć może pan w to nie uwierzyć, wstydziłam się zadzwonić do kogoś, kogo dobrze nie znałam. Z dziećmi natomiast nawiązywałam kontakt z łatwością.

Dzieci jako lepsze medium dla pani wrażliwości?

Skoro pan chce się bawić w psychoanalizę, to może tak było naprawdę. Ale ja też się zmieniam, więc teraz pojawiać się będą w moich filmach starsi.

Skoro zaczęliśmy trochę psychoanalizować – to zadam pani jeszcze pytanie z filmu amerykańskiego, wciąż Freudem podszytego: czy miała pani trudne dzieciństwo?

Dzieciństwo miałam bardzo udane, mama, reżyser filmów krótkometrażowych, pozwalała mi na wszystko, jeździłam z nią na plan, zamiast iść do szkoły; kiedyś w jednym półroczu opuściłam kilkadziesiąt dni. Ale szkołę na swój sposób lubiłam, prócz polskiego najbardziej matematykę, która uczyła mnie systematyczności. Dzisiaj bardzo lubię pisać scenopisy, w których wszystko sobie bardzo skrupulatnie planuję.

Przed laty filmy o dzieciach robił u nas Janusz Nasfeter, jeden z nich nazywał się „Małe dramaty”, które to określenie trafnie określa klimat całej jego twórczości. Tymczasem pani robi małe tragedie.

Są to przede wszystkim tragedie niespełnienia. Wszystkie dzieci mają piękne marzenia, które rzadko mogą się ziścić. Kiedyś spytałam chłopca z Łodzi, który grał w jednym z moich szkolnych filmów, kim chciałby być, jak dorośnie? Odpowiedział, że zostanie poetą albo reżyserem filmowym. Najwyraźniej podobało mu się to, co robiłam. Spotkałam go niedawno, jest dorosłym człowiekiem, ciężko pracuje. Nie został poetą. Dorosłość bardzo często bywa niespełnieniem.

Już na pierwszym roku zrobiła pani film o dzieciach.

Nazywał się „Agnieszka”, to było imię dziewięcioletniej dziewczynki z łódzkiego podwórka, która zwierzyła mi się, że nie widziała jeszcze morza ani gór, nie była w teatrze... Potem było „Jajko”, które dostało parę nagród na festiwalach szkół filmowych. Jadąc kiedyś tramwajem ulicą Kilińskiego, w okolicach dworca Fabrycznego, gdzie stoi samotna kamienica, zobaczyłam chłopca trzymającego kurę na sznurku. Był to niezwykły widok, ale spieszyłam się dokądś, nie mogłam wysiąść. Nazajutrz rozpoczęłam poszukiwania chłopca z kurą, wszystkich w okolicy wypytywałam, ale nikt go nie znał. Tak jakbym tylko ja go spostrzegła.

Zwykle się mówiło, że dzieci polskie źle grają, co miałoby być rezultatem rygorystycznego wychowania. W pani filmach dzieci stwarzają prawdziwe kreacje.

Może zmieniły się zwyczaje wychowawcze, a może po prostu wybieram inne dzieci, niekoniecznie takie, które pięknie recytują na szkolnych akademiach i nie znają tremy. Te, które wybiły się już w teatrzykach, w ogóle mnie nie interesują.

Jak się pracuje z takimi aktorami?

Pokazuję im, co mają zagrać, gest po geście, słowo po słowie. Czasem ktoś z ekipy powtarza to samo, żeby dziecko nie czuło, że jest pozostawione samo sobie. Nie mogę i nie chcę od razu opowiedzieć mu całości sceny, choć jakieś emocje przekazuję z ujęcia na ujęcie. To jest dosyć żmudna praca, ale czasem daje dużo satysfakcji, dzieci nie potrafią kłamać, udawać, są bardzo szczere i spontaniczne.

Opowiada pani o małych tragediach dzieci, podczas gdy cała wielka produkcja telewizyjna oraz kinowa – dla dzieci i z dziećmi – przedstawia zupełnie inne, bardziej sielankowe światy.

To, co się pokazuje dzieciom w telewizji, jest albo bardzo brutalne, albo bardzo infantylne, czasem występuje jedno razem z drugim. Książki dla najmłodszych też bywają najczęściej okropnie sentymentalne i banalne.

Ogląda pani z córką takie seriale w telewizji?

Nie, ponieważ w ogóle nie mamy telewizora.

Reżyser filmowy bez telewizora – bardzo dziwne.

Przeraża mnie w telewizji nadmiar okrucieństwa. Niestety, obraz filmowy wciąż na mnie działa, nie potrafię się znieczulić, co jest konieczne, by spokojnie oglądać wiadomości podczas rodzinnej kolacji. Pamiętam, co mnie ostatecznie zniechęciło do telewizora, kiedy go jeszcze miałam. W dzienniku pokazano dziecko, które skakało ze spadochronem, spadochron się nie rozpiął i ono leciało długo do ziemi jak tłumoczek, obserwowane przez kamerę. To było straszne, nie mogę zapomnieć tej sceny.

A jak się obywa bez telewizji kilkunastoletnia córka?

Początkowo trochę protestowała, ponieważ koleżanki opowiadały seriale, których ona nie znała. Musiałam ją przekonywać, że dużo nie traci. A teraz zajęta jest czym innym, czyta książki, głównie klasykę dziecięcą i młodzieżową, które dowożę jej od mojej mamy z Łodzi. No i chodzimy do kina. Do teatru nie, w teatrze nie potrafię zapomnieć, że wszystko jest grą i udawaniem, nie umiem się wzruszyć.

W kinie pani się jeszcze wzrusza, wiedząc, jak się takie emocje wzbudza?

Tak, nawet często, wcale się nie wstydzę, że płaczę.

A czy wzruszają panią polskie filmy?

Te najnowsze – nie, ponieważ są wykombinowane, wymyślone, nieszczere. Zrobione tak, by publiczności – z założenia jak najliczniejszej – nie zmuszać do najmniejszego nawet wysiłku. Jako widz nie lubię tych filmów.

Nie obawiała się pani, że „Nic” zostanie odebrane jako film za aborcją lub przeciw aborcji?

Było takie niebezpieczeństwo. W kilku recenzjach pojawiły się nawet nieśmiałe sugestie, iż próbuję się włączać w nie zakończoną ostatecznie, mimo regulacji prawnych, debatę o dopuszczalności przerywania ciąży. Nie miałam takiego zamiaru. Widzowie to dobrze rozumieją, często po pokazach spotykam się z publicznością i tylko kilka razy pojawiły się głosy z takimi sugestiami.

A więc dramat dzieciobójczyni jest w pani wydaniu antycznym niemal dramatem samotności, sytuacji, w której nie ma dobrego wyjścia?

Ona zabija dziecko, ponieważ kocha męża i boi się, że zostanie przez niego porzucona. To tragiczny wybór. Kiedy w finale filmu bohaterka pytana przez sąd, co ma na swoje usprawiedliwienie, odpowiada, że nic, mówi prawdę. Już do niej dotarło, że nie ma nic na swoje usprawiedliwienie. Ale ja to samo pytanie stawiam widzowi – czy nic jej nie usprawiedliwia?

Pani stara się ją usprawiedliwić. Dlaczego?

Tak, staram się ją usprawiedliwić, i sama dla siebie usprawiedliwiam, bo udało mi się ją zrozumieć. Pisząc scenariusz przeżyłam – na szczęście tylko w wyobraźni – wszystko to, co spotkało tę kobietę w rzeczywistości. I wiem, że to, co się stało, nigdy jej właśnie nie powinno się przytrafić. To, co zrobiła, jest tak samo straszne dla nas, jak i dla niej.

Zdobyła pani już sporo nagród na krajowych i zagranicznych festiwalach. Czy z tymi wyróżnieniami łatwiej zbiera się dzisiaj pieniądze na następny film?

Może gdyby moje filmy biły rekordy frekwencji, byłoby mi łatwiej. A tak, na realizację „Nic” zbierałam pieniądze dwa lata, od premiery mego poprzedniego filmu „Wrony” do premiery „Nic” upłynęły cztery lata. To zbyt długie przerwy.

Nie marzy pani o filmie, na który przyszłyby tłumy, jak na „Kilera”?

Takiej publiczności jak „Kiler” nie będę mieć nigdy, czego chyba tak bardzo nie żałuję, ale oczywiście chciałabym, żeby moje filmy oglądało więcej widzów. Coś się na szczęście zmienia, widać już w kinach młodą widownię, która wybiera filmy ambitniejsze. Opowiadała mi znajoma, która ma córkę w liceum, że w szkole tej śmieją się z uczniów, którzy chodzą na filmy komercyjne. Jakiś nowy dobry snobizm powstaje.

Miała pani może oferty z zagranicy?

Raz ze Stanów Zjednoczonych, raz z Francji, nawet nieźli producenci chcieli mnie wynająć, ale uznałam, że nie miałoby to sensu, ponieważ scenariusze w obu wypadkach były kiepskie. Nie warto było ryzykować, zwłaszcza że wiedziałam z góry, iż nie czułabym się najlepiej, gdyby ktoś mówił mi, jak mam robić film. Wolę tę swoją niezależność, którą mam tutaj.

Czy wciąż planuje pani ekranizację „Romea i Julii”?

Tak, ciągle o tym myślę, chociaż po filmie z DiCaprio muszę trochę poczekać. Mój film byłby inny, może więcej byłoby w nim emocji i szaleństwa, byłaby to opowieść o pierwszej miłości bardzo młodych ludzi, których przerosło uczucie. Mam też inne gotowe pomysły. Chciałabym zrealizować scenariusz „Dzikusy”, o tym, jak do ojczyzny przyjeżdża Polak z Ameryki, wychodzi w Gdańsku z samolotu, wsiada w samochód i jedzie przez całą Polskę.

Kino drogi?

Tak. Chciałabym przy okazji pokazać inną, mniej znaną Polskę, miejsca magiczne, o których istnieniu nie wiemy. Teraz u nas jest taka moda, żeby wyjeżdżać na wakacje do dalekich krajów. A to byłaby wycieczka do Polski. To ciekawy kraj.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj