Odbity, zmultiplikowany, zniekształcony
Sceny stają się swoją własną karykaturą.

Dwa lata po wystawieniu „Nory” Ibsena Agnieszka Olsten wraca do Teatru Narodowego spektaklem według „Otella” Szekspira. I powtarza ten sam błąd: interesujące odczytanie dramatu nie znajduje równie interesującego odzwierciedlenia na scenie. Olsten pominęła zawarte w tekście motywacje bohaterów, podkreślając jedną: ich zafiksowanie na własnym odbiorze rzeczywistości, ślepotę na realia i uczucia oraz motywacje innych ludzi.

Spektakl rozpada się na serię – rozgrywanych w przestrzeni zdominowanej przez przegrody z pleksi, które, stawiane pod różnymi kątami, multiplikują, zacierają i zniekształcają obraz – wypreparowanych z dramatu scen, w których bohaterowie sobą nawzajem manipulują, poniżają i narzucają innym swoją wolę. I nikt, prócz czystej Desdemony (Agnieszka Warchulska), nie ma złudzeń co do natury człowieka. Dlatego Otello tak łatwo uwierzy w opowieść Jagona o tym, że Casio przez sen zdradził się ze swoim romansem z Desdemoną, a potem bez skrupułów odda się zemście. Jego końcowy, wygłaszany do widzów, monolog został zredukowany do prośby, żeby to, czego byli świadkami, opowiedzieli tak, jak się odbyło. Bez manipulacji...

Interpretacja ciekawa, problem w jej przełożeniu na scenę. Poszatkowanie dramatu Szekspira rozrywa jego misterną strukturę, zwłaszcza warstwę psychologiczno-emocjonalną, co odbiera spektaklowi część siły, a aktorów skazuje na puste gesty i fałszywe tony. Dodatkowym utrudnieniem jest rozciągnięcie poszczególnych scen do granic możliwości, przez co nie tylko tracą napięcie, ale stają się swoją własną karykaturą, jak choćby niekończąca się scena duszenia Desdemony, podczas której wydawało się, że to czerwony z wysiłku Otello pierwszy skona na zawał.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj