Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Rynek

Kompromis na szczycie klimatycznym: sukces Polski?

Felix Konig / Wikipedia
Ewa Kopacz wróciła z unijnego szczytu klimatycznego z tarczą. Ale co tak naprawdę wynika z kompromisu zawartego podczas nocnych negocjacji w Brukseli, przekonamy się za jakiś czas.

Napięcie rosło od wielu tygodni. Wokół szczytu budowano atmosferę grozy: jeśli UE zdecyduje o dalszej redukcji emisji CO2 do 40 proc., to się udusimy. Dla polskiej gospodarki dwutlenek węgla jest jak życiodajny tlen. Bez niego nie przetrwają nasze wielkie elektrownie węglowe, padnie ostatecznie górnictwo i wiele innych energochłonnych i emisyjnych branż – hutnictwo, przemysł cementowy itd. Francji czy Niemcom łatwo stawiać wysokie wymagania innym krajom. My nie mamy ani elektrowni atomowych nieemitujących CO2 (jak Francja), ani tak zaawansowanej technologicznie gospodarki (jak Niemcy).

Niemieckie firmy mogą importować stal, cement, szkło z krajów, gdzie nikt nie przejmuje się emisją CO2 i produkować z nich zaawansowane produkty. My, produkując stal, cement, szkło i płacąc coraz więcej za emisję, nie mamy szans, by konkurować z producentami z Chin, Indii czy USA. Z takimi argumentami premier Kopacz ruszyła do Berlina i Paryża, a wczoraj w Brukseli kontynuowała negocjacje z kanclerz Merkel i prezydentem Hollandem oraz szefem Rady Europejskiej Van Rompuyem. W zanadrzu miała też argument weta, choć to rodzaj broni atomowej, którą dobrze mieć w zanadrzu, ale lepiej nie używać. Zwłaszcza że UE mogła całą sprawę zacząć procedować w innym trybie i nasze weto na nic by się zdało.

Ostatecznie udało się wynegocjować politykę dwóch prędkości. Kraje bogate tak jak chcą, ruszą do przodu, ograniczając do 2030 r. emisję CO2 o co najmniej 40 proc. (w stosunku do roku 1990). Kraje mniej zamożne, do których należy i Polska, dostaną taryfę ulgową. Największe lęki budziła w Polsce perspektywa konieczności kupowania przez elektrownie na aukcjach uprawnień do emisji CO2. Elektrownie węglowe produkują najwięcej tego gazu, więc przy planowanej przez UE polityce wymuszania wzrostu cen uprawnień leżałyby na łopatkach.

Reklama