Zmarł Anthony Atkinson. Jeden z najważniejszych współczesnych ekonomistów.
Plasterek na uciętą nogę
Odszedł Anthony Atkinson. Pionier ekonomii, mentor współczesnych naukowców.
Sir Anthony Atkinson
INTRO/David Ausserhofer/Ullstein Bild/Getty Images

Sir Anthony Atkinson

Harvard University Press/materiały prasowe

Tumblr

Atkinson był pionierem i mentorem dla współczesnych gwiazd swojej profesji z Thomasem Pikettym na czele. Badał ekonomiczny wymiar nierówności na długo zanim stało się to modne. Ekonomiści przez lata ignorowali problem nierówności. Dla nich liczył się rozmiar ciastka. Uważali, że sposób jego podziału jest sprawą wtórną. Starałem się im pokazać, jak bardzo się mylą – mówił Atknison w rozmowie, którą zrobiłem z nim wiosną 2016 roku

[Artykuł ukazał się w POLITYCE 18 kwietnia 2016 roku]

Rafał Woś: – Nierówności. Boi się ich pan?
Anthony Atkinson: – Bardzo.

Dlaczego?
Bo wymknęły się spod kontroli. Wiedział pan, że według Platona żaden obywatel nie powinien być więcej niż cztery razy bogatszy od najbiedniejszego członka społeczności?

Oj, toby się teraz biedak zdziwił.
Na pewno. Bo dzisiaj żyjemy we wspólnotach politycznych, gdzie te różnice w zamożności bywają kilkadziesiąt, a czasem nawet kilkaset razy większe. I te różnice od kilku dekad rosną. A wraz z nimi realne patologie.

W Polsce, gdy ktoś mówi o nierównościach, to natychmiast dostaje kontrę, że to wydumany temat. Bo nierówności były, są i będą. Co by mu pan odpowiedział?
Żeby na początek zapytał o to socjologów, którzy wskażą mu, jak groźny jest napędzany nierównościami brak społecznej spójności. Oni opowiedzą, że nierówności to gleba, na której najbujniej rozwijają się rozmaite patologie: przestępczość, nastoletnie rodzicielstwo, otyłość. Politolog z kolei zwróci uwagę, jak rozjazd dochodowy zabija demokrację. Pokaże, jak w warunkach dużych nierówności tworzy się świat, który tylko z pozoru jest jedną polityczną wspólnotą. Tymczasem on już dawno pękł między zadowolone z siebie elity, które uważają, że należy im się więcej, bo są zdolniejsze, mądrzejsze i bardziej przedsiębiorcze. Po drugiej stronie rosną rzesze coraz bardziej sfrustrowanych i mających coraz mniej do stracenia przegranych. Oni mają w głowie lustrzany zestaw uzasadnień, jak to na ich ciężkiej pracy tamci się dorobili. Efekt jest taki, że nawet gdy w takim kraju działa demokracja, jest to demokracja spolaryzowana i przez to niestabilna.

A ekonomista co widzi?
Ekonomiści przez lata ignorowali problem nierówności. Dla nich liczył się rozmiar ciastka. Uważali, że sposób jego podziału jest sprawą wtórną.

„Najpierw trzeba dobrobyt zbudować, a dopiero potem go dzielić”. To wśród polskich ekonomistów i publicystów bardzo rozpowszechnione spojrzenie.
Tylko że ono jest nieporozumieniem. Bo nawet z ekonomicznego punktu widzenia sposób podziału bogactwa ma znaczenie. Wyobraźmy sobie dwa społeczeństwa. W jednym żyje garstka superbogaczy, których stać na wszystko. Nawet na komercyjny lot w kosmos. Jednocześnie kilkanaście procent siły populacji to tzw. pracująca biedota, z trudem ciągnąca od pierwszego do pierwszego. W drugim mamy społeczeństwo bardziej egalitarne, gdzie prywatne osoby w kosmos nie latają, ale mamy też rynek pracy pozwalający na względną stabilizację. Które jest zorganizowane bardziej efektywnie?

Drugie. Pytanie tylko, jak pan to uzasadni?
Zmarły w latach 60. ekonomista Hugh Dalton mówił tak: każdy funt zabrany osobie bogatej i oddany biednej to czysty zysk dla społeczeństwa. Dlaczego? Bo zwiększa ogólny poziom użyteczności, czyli subiektywnej przyjemności, zadowolenia czerpanego z konsumpcji dóbr. Bo z tą użytecznością jest tak, że im więcej posiadamy, tym jest ona mniejsza. To żelazne prawo ekonomii. I zdrowego rozsądku też. Trudno zaprzeczyć, że siódmy pączek nie smakuje tak jak pierwszy. A dodatkowy funt więcej znaczy dla osoby ubogiej niż dla milionera.

Lenin zmniejszył nierówności, ale nie zwiększył ogólnego poziomu zadowolenia w społeczeństwie…
Każdy wykład zaczynam od wyjaśnienia tego nieporozumienia, które prędzej czy później wychodzi na powierzchnię. Ja nie postuluję totalnej równości. Mnie chodzi o zmniejszenie nierówności dochodowych, które są realnym problemem światowych gospodarek.

No, ale przecież nie jest tak, że to dopiero pan do spółki ze swoim wychowankiem Thomasem Pikettym [francuski ekonomista, autor „Kapitału w XXI wieku”, uważanego za najważniejszą ekonomiczną książkę minionej dekady – red.] rozruszaliście dyskusję o nierównościach. Świadomość problemu istniała, a z nierównościami próbowano walczyć.
Oczywiście. Tylko że tę walkę prowadzono nieskutecznie. Koncentrowano się na przykład na zapewnieniu równości szans.

A co w tym złego?
Nic. Równość startu jest ważna. Problem polega na tym, że mówienie o samej równości startu nie może ignorować tego, co dzieje się już po strzale startera, oraz tego, co czeka na mecie. Tu chodzi o tzw. równość wyniku. Jeżeli na przykład ustalimy, że zwycięzca bierze wszystko, to nie dziwmy się, kiedy słabsi biegacze odmówią wzięcia udziału w wyścigu.

Albo zastrzelą startera.
Właśnie. To nie jest tak, że możliwy jest tylko jeden sposób podziału nagrody. Każde społeczeństwo samo decyduje, jakimi się kieruje wartościami. Ja staram się przekonać, że model egalitarny opłaca się bardziej. Jest również bardziej fair dla przyszłych pokoleń. Bo pamiętajmy, że nierówności są dziedziczone.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj