szukaj
Polska wciąż tkwi w głębokim średniowieczu
Podjąć pana pod kolana
Rozmowa z prof. Januszem T. Hryniewiczem, socjologiem, o tym, jak bardzo wciąż tkwimy w feudalizmie

Edwin Bendyk: – W polskiej kulturze organizacyjnej ciągle obowiązuje stworzony na przełomie XV i XVI w. model folwarczny, przekonuje pan w swej książce „Polityczny i kulturowy kontekst rozwoju gospodarczego”. Skąd aż tak pesymistyczne stwierdzenie?

Janusz T. Hryniewicz: – Niestety, po lekturze mojego nowego opracowania „Stosunki pracy w polskich organizacjach” będzie panu jeszcze mniej wesoło. Relacjonuję tam wyniki badań przeprowadzonych ze współpracownikami już w XXI w. I co się okazuje? Że ok. 80 proc. osób z wykształceniem zasadniczym i podstawowym najbardziej ceni sobie w pracy spokój i kierownika, który nie skłania do ujawniania własnych opinii. Jeszcze gorzej, że podobne deklaracje składa blisko połowa pracowników z wyższym wykształceniem. To ludzie praktycznie straceni dla gospodarki opartej na wiedzy, w której liczy się innowacyjność i własna inwencja.

Polscy pracownicy cenią sobie najbardziej pewność pracy, dobrą organizację, dobre stosunki ze współpracownikami i kierownikami, szacunek. Oczekują ciepłych emocjonalnie relacji koleżeńsko-rodzinnych, nisko natomiast cenią osiągnięcia indywidualne – są one akceptowane tylko pod warunkiem, że nie naruszają nieformalnych hierarchii, prestiżu, utartych opinii. W takim środowisku innowacje są tępione. Ciekawe są różnice między firmami państwowymi a prywatnymi. O ile nie zaskakuje, że firmy prywatne są efektywniejsze, to na pewno zdumiewa, że efektywność tę uzyskują mniejszymi inwestycjami w kapitał ludzki. W firmach prywatnych, podobnie jak w państwowych, nie stymuluje się innowacyjności, na dodatek jeszcze nie inwestuje się w szkolenia pracowników i nie wykorzystuje w pełni ich kwalifikacji. Pracowników firm prywatnych charakteryzuje jednak akceptacja takiej sytuacji, ich aspiracje wobec pracy są relatywnie zaniżone. Mniej oczekują i są bardziej zadowoleni, mimo że mniej otrzymują.

To pracownicy. A kadra menedżerska?

Znowu kontynuacja mentalności folwarcznej. Najmniej rozpowszechnionym stylem kierowania w polskich organizacjach jest styl demokratyczny, angażujący pracowników w analizę problemów i podejmowanie decyzji. Z takim stylem ma do czynienia zaledwie co piąty pracownik. Wśród szefów dominują postawy wodzowskie, autorytarne lub – w najlepszym przypadku – biurokratyczne. Kierowanie wodzowskie odwołuje się do dyskrecjonalności, jest emocjonalne i mało przewidywalne. Co gorsza, pracownikom generalnie odpowiada taki styl kierowania. Przypomina to opowieści z dawnych folwarków, gdzie pan lub ekonom był despotą, często nieprzewidywalnym, ale można go było udobruchać podejmując pod kolana.

A emigracja? Czy wyjeżdżający na Zachód nie przywiozą nowych nawyków organizacyjnych?

Nie przeceniałbym kulturowej roli emigracji. Mówiąc brutalnie, językiem folwarcznym: Polacy w swej masie jadą za granicę najmować się na parobków i dziewki służebne, reprodukując de facto folwarczny model organizacyjny.

Przypomnijmy, jak się ten model wykształcił.

Do przełomu XV i XVI w. Polska rozwijała się pod względem społeczno-gospodarczym podobnie, tylko z pewnym opóźnieniem, jak Europa Zachodnia. Powstawały podobne struktury gospodarcze. Na przełomie XV i XVI w. rozpoczęła się epoka kapitalistycznego rozwoju. Wówczas nastąpił podział na zachodni i wschodni kompleks gospodarczy. Wschód, rozciągający się od Łaby i obejmujący m.in. Prusy, Rzeczpospolitą, Węgry, w nowym podziale pracy dostał niejako za zadanie wykarmienie zachodnich miast.

W odpowiedzi na popyt na ziarno rozwinęła się gospodarka folwarczna z folwarkiem, zwanym na początku wolnarkiem, jako podstawową strukturą gospodarczą. Folwark był autonomiczną wobec państwa i gospodarki instytucją quasi-totalitarną, w pełni organizującą całość życia chłopów. Domknięcie prawne tej instytucji nastąpiło w 1543 r., kiedy przyznano właścicielowi prawo do sprzedaży chłopów niezależnie od gruntu, jaki uprawiali. To właśnie wtedy chłop został już całkowicie odcięty od jakichkolwiek relacji z władzą państwową, a wewnątrz folwarku zaczęły kształtować się archetypy zachowań kierowników i pracowników. Kierownik to pan, dziedzic, wódz. Pracownik to parobek, chłop pańszczyźniany, dziewka służebna.

Taka kultura organizacyjna doprowadziła do wykształcenia dwóch odmiennych typów zachowań pracowników i kierownictwa folwarku. Kierownicy mieli nieskrępowaną władzę, ich decyzji nie ograniczały żadne przepisy. U chłopów z kolei wykształciło się, wymuszone lub uwewnętrznione, posłuszeństwo, połączone jednak z brakiem odpowiedzialności. Chłop wymagał szczegółowych instrukcji w pracy i opieki poza pracą. Ten etos był bardzo trwały, czego dowodzą stosunkowo częste negatywne reakcje chłopów w XVIII w. na propozycje zniesienia pańszczyzny i usamodzielnienia. W efekcie wytworzył się pewien stan świadomości społecznej oparty na podwójnej etyce. Wobec własnej grupy obowiązywał wymóg bezwzględnej uczciwości, natomiast co do kradzieży rzeczy pańskich albo księżych nie było żadnych zahamowań, a okradzenie Żyda poczytywano wręcz za zasługę. Z kolei na dworze panowało przekonanie, że chłopa ciągnie do złego, jest leniwy, bierny i wrogi. Tylko drobiazgowy, ostry nadzór zapewni wykonanie poleceń.

A jak pan ocenia wpływ zaborów? Zawsze mnie zdumiewa ich silne piętno w wielu kwestiach. Rozkład preferencji wyborczych, nakłady na kulturę, średni poziom wykształcenia lokalnych elit politycznych doskonale pokrywają się z mapą zaborowych podziałów.

Zabory tylko utrwaliły podziały istniejące już wcześniej i wynikające z nierównomiernego rozwoju struktur społecznych i gospodarczych w Rzeczpospolitej. Jeszcze przed wtłoczeniem Polski do wschodniego kompleksu gospodarczego swoistą granicą cywilizacyjną była linia Wisły. Na wschód od niej np. znacznie wolniej rozwijały się miasta. Tymczasem Wielkopolska była bardzo dobrze rozwinięta gospodarczo już przed zaborami. Wydajność rolnictwa, mimo gorszych ziem, była większa niż na żyznej Ukrainie.

Faktycznie, Wielkopolska była lepiej rozwinięta niż reszta Rzeczpospolitej przed zaborami, ale panuje przekonanie, że dostając się pod zabór pruski zyskała, jeśli chodzi o modernizację struktur organizacyjnych i gospodarczych.

Kolejny mit, z którym staram się walczyć. Przez cały XIX w. niektóre wskaźniki gospodarcze osiągane w Wielkopolsce, np. mleczność krów, były wyższe niż w Niemczech i Francji. Utrwalił się mit wysokiej efektywności pruskiej organizacji. Pamiętajmy, że Prusy były jednym wielkim obozem wojskowym, to była struktura sprawna w sensie wojskowym, ale same Prusy i Brandenburgia także należały do wschodniego kompleksu gospodarczego. Nie były częścią Zachodu, ich gospodarka opierała się na rolnictwie i majątkach junkrów. Tyle tylko, że w absolutystycznej monarchii pruskiej szlachta pruska, junkrowie zostali zmilitaryzowani i całkowicie poddani władzy państwowej. Niemniej jednak to oni nadawali ton gospodarce, która w XIX w. zaczęła się załamywać, gdy ceny zboża w ciągu stulecia zmalały czterokrotnie. Nie kwestionuję więc wpływu zaboru pruskiego na Wielkopolskę, ale był to wpływ negatywny.

Niestety, mit pruskiej efektywności przetrwał po 1918 r. Zarządzanie gospodarką w II Rzeczpospolitej w dużej mierze było wzorowane na pruskim etatyzmie, w którym chaos rynku poddawano dosyć ścisłej kontroli państwa. Rynek miał służyć celom narodowym, reprezentowanym przez państwo. Najważniejsze inicjatywy gospodarcze, z Gdynią i COP, podejmowane były przez państwo, a wysoki kurs złotówki utrzymywano ze względów prestiżowych.

Mówiąc bardziej generalnie, trzeba pamiętać, że ziemie Polski znajdowały się na peryferiach każdego z zaborczych imperiów. Ponadto, nawet jeśli na tych obszarach zaczynała dokonywać się kapitalistyczna modernizacja, to na ogół bez udziału Polaków. Np. w Łodzi na początku XX w. Polacy stanowili tylko 2 proc. ludności, dominowali Żydzi – 55 proc. i Niemcy – 40 proc. U progu niepodległości polska kultura gospodarcza miała charakter folwarczny.

Pozostał jeszcze okres PRL.

PRL wywołał silny impuls modernizacyjny, łamiący stare struktury. Choćby fakt wielkich migracji ze wsi i repatriacji. Jeśli popatrzymy dziś, jak sobie radzą gminy, mierząc to wielkością dochodów własnych na mieszkańca, okaże się, że na ziemiach zachodnich, nazywanych dawniej Ziemiami Odzyskanymi, uzyskują lepsze wyniki od gmin tradycyjnie gospodarskiej Wielkopolski. A przecież ziemie zachodnie obejmowali głównie mieszkańcy z dawnego wschodu Rzeczpospolitej, z głębi wschodniego kompleksu gospodarczego. Jednakże względna młodość, wymuszona mobilność, przemieszanie kulturowe wyzwoliło pozytywne impulsy.

Ale PRL oznaczał także feudalizację stosunków pracy. Kultura folwarku rozkwitła ze zdwojoną mocą. W państwie autorytarnym, nie dopuszczającym do istnienia społeczeństwa obywatelskiego, odpowiedzią był rodzinny kolektywizm i amoralny familiaryzm. Miejsce pracy traktowane było przez wyalienowanych pracowników jako sposób realizacji własnych celów gospodarczych, stąd zjawiska wynoszenia narzędzi, chałtur na maszynach fabrycznych. Ta szczególna prywatyzacja doprowadziła do zastąpienia formalnej struktury ładem społecznym, w którym stosunki między pracownikami stawały się zależne od interesów i cech osób, a nie przepisów i norm.

Gdy opuszczaliśmy PRL, wydawało nam się, że z tego folwarku wychodzimy na zawsze. Jeszcze na początku lat 90. w badaniach socjologicznych wyraźnie widać było, że wśród Polaków dominuje socjalistyczna etyka pracy. 10 lat później, tak wynika z European Value Survey, staliśmy się pod względem etyki pracy najbardziej protestanckim krajem w Europie. Praca okazuje się wartością równie ważną jak rodzina. Jesteśmy, po Koreańczykach, najbardziej pracowitym społeczeństwem wśród krajów OECD. Zupełnie odmiennie niż np. Holendrzy.

Niestety, wartości, które ujawnia wśród polskich pracowników EVS, są już passé z punktu widzenia rodzącej się gospodarki opartej na wiedzy. Co z tego, że dużo pracujemy, skoro w pracy ciągle dominują folwarczne stosunki pracy, tłumiące kreatywność i innowacyjność. Nie chodzi o to, żeby się spocić. Chodzi o to, żeby ciągle myśleć o tym, co poprawić, i nie traktować nowych pomysłów jako zagrożeń.

Jesteśmy więc skazani na bycie skansenem?

Skazani nie jesteśmy. To kwestia naszego wyboru. Wspomniane wyniki z zachodnich gmin polskich pokazują, że zmiana mentalności jest możliwa.

Co się stanie, jeśli nie wyjdziemy z folwarku?

Gospodarka przeżywa dziś podobnie rewolucyjny moment transformacji jak na przełomie XV i XVI w. Powstaje gospodarka oparta na wiedzy. To ona jest źródłem największych korzyści, ale wymaga odpowiedniej mentalności i kultury organizacyjnej. W efekcie jej rozwoju ustali się nowy podział pracy. Jeśli nie weźmiemy aktywnego udziału w tym procesie, to podobnie jak przed 400 laty zostaniemy na marginesie, jak wówczas stanowiąc jednocześnie zaplecze aprowizacyjne i cywilizacyjne przedmurze.

Rozszerzona wersja rozmowy z prof. Januszem T. Hryniewiczem ukaże się w najbliższym numerze kwartalnika „Przegląd Polityczny”.

W najnowszym numerze POLITYKI

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj