Polskie stadniny w kryzysie
Wojna polsko-arabska
Ciągle nie wiadomo, w imię czego na naszych oczach niszczy się jedną z najcenniejszych polskich specjalności.
Dotychczas właściciele najsłynniejszych ogierów uważali za zaszczyt, gdy ich koń mógł kryć nasze klacze.
Jacek Szydłowski/Forum

Dotychczas właściciele najsłynniejszych ogierów uważali za zaszczyt, gdy ich koń mógł kryć nasze klacze.

Zatruta pasza dla klaczy Amry – to brzmiało groźnie. Gdy po odwołaniu prezesów stadnin w Janowie oraz Michałowie i zastąpieniu ich osobami bez kwalifikacji padły dwie klacze, „Rzeczpospolita” i prawicowe tygodniki poinformowały, że w Janowie podano koniom antybiotyk, który jest dla nich śmiertelny. Padły sugestie, że być może chodziło o uderzenie w rząd, sabotaż. Po analizie pobranych przez prokuraturę próbek wykryto jednak zaledwie 0,43 mg monenzyny (antybiotyku dla kur) na 1 kg paszy – przy takim stężeniu koń musiałby zjeść ponad tonę owsa, żeby mu to zaszkodziło. Prokuratura podała, że antybiotyk jest co prawda generalnie szkodliwy, ale znajdował się w dozwolonej ilości.

Wcześniej próbowano argumentów finansowych, mówiono o stratach w wysokości 18 mln zł. Minister rolnictwa cytował raport NIK z lat 2011–12 i podawał niegospodarność jako powód odwołania prezesów. Tyle że Michałów nie był przez NIK w ogóle kontrolowany, a o stratach w Janowie w raporcie nie ma słowa. Powoływano się więc na „miażdżący raport CBA” z kontroli prowadzonej od lutego do września 2015 r. Kontrola była, ale dotyczyła Agencji Nieruchomości Rolnych, a nie stadnin, i kończy się jednym zarzutem: naruszenia przepisów zamówienia publicznego na kwotę 163 250 zł na dostawę ANR trzech nowych samochodów.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj