szukaj
Kulturalny tygiel - reportaż ze Stambułu
Miasto małych ojczyzn
W Stambule przeszłość miesza się z przyszłością, bogactwo z biedą, religijność z laicyzmem. W 2010 r. to miasto będzie Europejską Stolicą Kultury.
kholkute/Flickr CC by SA

Po sześciu godzinach jazdy z sielankowej Bozcaady, niewielkiej wyspy oddalonej od Stambułu o 320 kilometrów, Cem Baysal zatrzymuje się niedaleko Alei Niepodległości (Istiklal Caddesi). Wypakowując z samochodu nasze bagaże, podnosi rękę i naśladując wyszczerzone zęby szepcze porozumiewawczo: „Uważajcie na to miasto, ludzie są tutaj jak wilki”. Mimo późnej pory wokół przelewa się kolorowy tłum.

Cem kiedyś chciał być pilotem myśliwca, jak jego ojciec. Dziś, jako dentysta jeździ nowym Audi i nie wygląda na to, aby musiał sobie czegokolwiek odmawiać. Pracuje w ekskluzywnej klinice i mieszka w Nişantaşi, dzielnicy, którą w swojej książce „Stambuł” rozsławił Orhan Pamuk. Rodzina Cema mieszka tam od 100 lat, a przodkowie jego żony od 400. Pięknie odnowione osmańskie wille cieszą oczy przechodniów. Przed domami często stoi portier. A wokół drzwi nie widać butów, które zdjęli mieszkańcy. Ulice są szerokie i czyste, a chodniki niezastawione straganami. To tutaj mają swoje sklepy Louis Vuitton, Armani, Gucci, czy Laura Ashley. I to tu ludzie wyglądają zupełnie tak samo, jak zamożni obywatele Zachodu. Żadnych nieogolonych mężczyzn, w białych takke (małe ażurowe czapeczki) na głowie, ani kobiet w chustach czy długich płaszczach zakrywających figurę. Nişantaşi bardziej przypomina Paryż czy Mediolan, niż jakąkolwiek metropolie Wschodu. Rodziny mieszkają tam od pokoleń. A ci, którym marzyłaby się przeprowadzka, za stumetrowy apartament muszą zapłacić co najmniej 350 tys. dol.

Cem lubi swoją dzielnicę, ale jego miłość do Stambułu nie jest już tak gorąca. Ciągle podkreśla, że to miasto nie jest już jego, że zatraciło swój charakter i urok. Pewnie dlatego, że Nişantaşi to jedna z kilku enklaw, tzw. dobrych dzielnic, wokół których przez ostatnie lata wyrosły szare i biedne dzielnice nowych stambulczyków. Nowi przyjechali głównie z Anatolii. W swoich wioskach na wschodzie nie mieli nic do stracenia, a miasto skusiło ich obietnicą lepszego życia. Dlatego dziś z 15 mln populacji tylko 3 mln to rdzenni mieszkańcy Stambułu.

Nowi stambulczycy

Tragarzami, sprzątaczami i ulicznymi sprzedawcami są przeważnie mężczyźni z głębi Anatolii. To oni pchają wózki z kolbami pieczonej kukurydzy, pastują buty przechodniów albo przez cały dzień szykują kebaby. „Ich sklepy, kramy i warsztaty usługowe są otwarte zarówno w piątek, muzułmański dzień modlitwy wolny od pracy, jak i w sobotę oraz niedzielę” - pisze Max Cegielski w „Oku świata”. Jednak, jak dalej czytamy, w tych ludziach nie ma melancholii, raczej chęć przetrwania. Żadnych rozważań o imperium i tęsknoty za dawną świetnością. Nowi stambulczycy są zajęci zarabianiem i konsumpcją. Zaraz po przyjeździe ściągają do siebie całe rodziny. Przywożą swoje tradycje, zwyczaje i naleciałości kulturowe. Często są bardzo konserwatywni. Agnieszka Aysen Kaim, turkolożka z Uniwersytetu Warszawskiego porównuje sytuację w Stambule do tego, co się dzieje w Niemczech: - Turcy, którzy osiedlili się w Berlinie czy w Hamburgu często pochodzą z małych miejscowości, wyjechali za chlebem i przywieźli do Niemiec swoją prowincję. To samo można zobaczyć w Stambule. To jest społeczność małych ojczyzn. Pochodzący z prowincji Elaziğ nowy mieszkaniec Stambułu nigdy nie powie „jestem stambulczykiem”, raczej będzie podkreślał „pochodzę z Elaziğ”.

Nowi stambulczycy osiedlają się blisko siebie i tworzą getta, tutaj zwane gecekondu. Budują nielegalne domy, a potem przyklejają do nich kolejne przybudówki. Bo w Turcji jeśli budynek postawiono i zadaszono w nocy, władze muszą go uznać. W ten sposób do jednego legalnego domu kolejni kuzyni doklejają swoje i nikt już nie stara się o zezwolenie, bo przecież to tylko rozbudowa, a nie nowy dom. Powstają całe nielegalne osiedla. A ludzi wciąż przybywa. Jeszcze 10 lat temu miasto liczyło nieco ponad 8 mln mieszkańców, dziś 15 mln. Jeśli przyjezdnych wciąż będzie przybywać, to za 20 lat Stambuł będzie musiał ich pomieścić 20, a może nawet 25 mln.

Trąbię, więc jestem

- Dwadzieścia lat temu z Çapa (część dzielnicy Fatih) do Bebek (dziś jednej z najdroższych dzielnic miasta) można było dojechać samochodem w 15 min. Wtedy jeszcze studiowałem, więc jeździliśmy tam na kebaby. Dojazd, jedzenie i powrót zajmował nam godzinę. Dziś w ciągu godziny nie można dotrzeć nawet w jedną stronę – opowiada Cem. Stambuł rzeczywiście ma poważne problemy z komunikacją. Bo choć istnieje metro i regularnie kursują tramwaje, stambulczycy najchętniej jeżdżą samochodami. Tymczasem ostatni plan zagospodarowania przestrzennego powstał w Stambule 28 lat temu i dlatego nieprzystosowane do obecnego ruchu ulice zapychają się zarówno rano, w południe, jak i 2.00 w nocy. Zdarza się nawet, ze względu na korki, że taksówkarz, który wiezie nocnych pasażerów proponuje, by mu zapłacili i resztę drogi przeszli pieszo.

Korków na razie nie ma tylko na Bosforze, ale może to kwestia czasu. Dziś niewielkimi promami można regularnie pływać między europejską a azjatycką częścią Stambułu, a żeton na prom kosztuje tyle samo co bilet autobusowy. - Ale – jak tłumaczy Agnieszka Aysen Kaim - większość stambulczyków w godzinach szczytu nawet nie próbuje umówić się gdzieś na mieście, wiedzą, że dojazd zajmie im zbyt dużo czasu.

Może tłok na drogach wynika też z tego, że każdy Turek chce być posiadaczem auta. Bo ten, kto ma samochód, jest królem. Droga należy do niego. Im większe auto tym lepiej, a przechodzień i rowerzysta najlepiej niech ucieka. Zewsząd słychać więc trąbienie, które jest trochę jak alfabet Morse'a i trzeba umieć je czytać. Jeśli kierowca trąbi raz i dłużej to tak jakby chciał powiedzieć „uwaga jadę!”. Kilka krótkich, autobusowych „tid”, „tid”, „tid” oznacza „Jestem, właśnie przyjechałem. Jak ktoś chce wsiadać to zapraszam”. Jeden krótki sygnał i zaraz potem przeciągłe „tiiiid” ma pospieszyć maruderów i zastąpić zniecierpliwione „co się zatrzymujesz baranie! Jedź nie ma na co czekać”. Są i tacy, którzy trąbieniem chcą przyspieszyć zmianę świateł. Albo jak przyjadą po kogoś, to zamiast dzwonka lub domofonu wolą użyć klaksonu. Trąbią dwa, trzy razy na znak, że czekają pod blokiem. Trąbieniem celebruje się ślub, wygrany mecz albo żegna się kumpla, który idzie do wojska. - Niektórzy trąbią nawet wtedy jak chcą skręcić – mówi Cem i dodaje, że ten zwyczaj przenieśli ze sobą przybysze ze Wschodu.

Starzy i nowi mieszkańcy Stambułu spotykają się w restauracjach. Ci pierwsi przychodzą zjeść, a drudzy są kucharzami i kelnerami. W domach handlowych, w których stambulska elita kupuje markowe ubrania, a biedacy ze Wschodu są sprzątaczami i ochroniarzami. Wszystkich można zobaczyć na Istiklal Caddesi - szerokim deptaku - ciągnącym się od Placu Taksim do artystycznej dzielnicy Beyoğlu. Tam mieszają się wszystkie warstwy społeczne. Przyjezdnych nie stać na jedzenie w żadnej z okolicznych knajp, ale przechadzać się, podziwiać dziewiętnastowieczne kamienice, fasady hoteli i apartamentowców, może każdy.

Ta ulica nigdy nie śpi. O trzeciej nad ranem idzie się w równie gęstym tłumie, jak po południu. Księgarnie i sklepy z płytami otwarte po północy nikogo nie dziwią. Co chwilę ktoś tu protestuje; bliscy tych, którzy zniknęli bez wieści, związkowcy, ekolodzy albo przeciwnicy Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Tu organizowane są wystawy i happeningi. I tutaj młode kobiety, przefarbowane na blond – dla podkreślenia prozachodnich przekonań –umawiają się na kawę w Starbucksie. Tuż obok, na ulicy, wąsaci mężczyźni w skajowych kurtkach przez kilka godzin usiłują sprzedać skarpetki albo paczkę chusteczek higienicznych.

Miejska znieczulica

Stambuł to eldorado, w którym tragarz bawełny z Anatolii czy handlarz starzyzną może stać się milionerem. Tutaj znajdzie się praca dla każdego. Można zacząć od pucybuta i skończyć jako właściciel sieci sklepów. Jeśli, gdzieś w Turcji ma się spełnić amerykański sen, to właśnie w Stambule. - To miasto przyciąga wszystkich, którzy szukają lepszego życia - tłumaczy Vildan Pazar, młoda menadżerka firmy odzieżowej NEXT. - Daje znacznie więcej możliwości niż inne tureckie metropolie. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Ale Vildan przyznaje też, że Stambuł ma wiele warstw. Trudno w nim dostrzec tylko tę jedną, artystyczno-historyczną, którą przedstawia Orhan Pamuk. Te inne, o których pisał Max Cegielski widać coraz wyraźniej.

Kim jest zatem typowy stambulczyk? – Często mówi się, że to inna kategoria Turka – tłumaczy Agnieszka Aysen Kaim. Typowy Turek jest serdeczny, otwarty i gościnny. Natomiast większość stambulczyków zachowuje dystans. Są zajęci sobą i swoimi sprawami. Kaim opowiada też, że prawie nigdy w Turcji nie spotkała się ze znieczulicą społeczną, a jeśli już to właśnie w Stambule.

A jednak Stambuł przyciąga i nie daje o sobie zapomnieć. Tu wieki tradycji zderzają się z globalną wioską. Vildan Pazar wyskakuje na chwilę przerwy z nowoczesnej siedziby firmy odzieżowej: - Jeszcze kilka lat temu chciałam się wyprowadzić. Stambuł wysysał ze mnie wszystkie soki. Ale zawsze, kiedy wyjeżdżałam, tęskniłam. Dziś myślę, że to jedno z najpiękniejszych miast na świecie. Jestem szczęśliwa.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj