Przed kim ma chronić amerykańska tarcza antyrakietowa?
Dziurawy parasol
Mimo 60 lat starań i 140 mld dol. wydanych na badania tarcza antyrakietowa pozostaje fikcją. A nawet gdyby działała, Iran i Korea Północna nie są w stanie zagrozić Ameryce. Dlaczego zatem USA dalej ją budują? I przed kim ma naprawdę chronić?
Rakieta wystrzelona na pustyni.
Lietmotiv/Flickr CC by SA

Rakieta wystrzelona na pustyni.

Wernher von Braun miał 31 lat, gdy został profesorem z osobistej nominacji Adolfa Hitlera. Jest rok 1943, dzięki młodemu fizykowi III Rzesza bierze właśnie odwet za alianckie naloty na Berlin, posyłając nad Londyn nową broń: bomby na pociskach odrzutowych. Brytyjska obrona przeciwlotnicza jest wobec nich całkowicie bezradna. Nadlatują z nieporównanie większą prędkością niż samoloty, są mniejsze, a nocne ataki sieją panikę i spustoszenie. W ciągu dwóch lat na Londyn spada 3 tys. rakiet V-2, zabijając ponad 7 tys. osób.

U schyłku wojny von Braun pracuje nad znacznie większą rakietą, zdolną dotrzeć do Waszyngtonu i Nowego Jorku, ale badania przyjdzie mu skończyć w Teksasie. Konstruktor V-2 jest zbyt cenny, by posyłać go do Norymbergi. W 1945 r. wraz z całym zespołem badawczym zostaje wywieziony do USA w ramach operacji Overcast. W zamian wybuduje Amerykanom kluczowe rakiety czasów zimnej wojny: tę, która wyniesie w kosmos pierwszego satelitę po Sputniku, i potężnego Saturna V, który pozwoli posłać człowieka na Księżyc.

Ale loty kosmiczne to tylko odprysk nowej epoki, która rodzi się na desce kreślarskiej von Brauna. Gdy w sierpniu 1945 r. fizyk uczy się angielskiego, Amerykanie zrzucają bombę atomową na Hiroszimę i Nagasaki. Następna ma spaść już nie z ładowni samolotu, ale z kosmosu, wyniesiona tam uprzednio na czubku rakiety. Z połączenia V-2 i projektu Manhattan powstanie międzykontynentalny pocisk balistyczny z głowicą jądrową – najgroźniejsza broń w historii ludzkości, zdolna dotrzeć w najdalsze zakątki Ziemi i siać zagładę wielekroć straszliwszą niż piekło Londynu.

Ale to nie Amerykanie w 1957 r. odpalą pierwszą rakietę międzykontynentalną. Rosjanie nie mają von Brauna, ale tuż po wojnie patroszą skonfiskowane egzemplarze V-2 i budują własny pocisk balistyczny dalekiego zasięgu. USA doganiają ich cztery miesiące później, a między mocarstwami rusza rakietowy wyścig zbrojeń. W 1959 r. po obu stronach stoją już pociski strategiczne z głowicami atomowymi – w Ameryce w podziemnych silosach, w ZSRR na ruchomych wyrzutniach.

Dążenie do obrony przed rakietami jest równie stare co chęć ich posiadania. Ale żaden kraj nie zrobił tyle, by ją sobie zapewnić, co Stany Zjednoczone. Dla bezpiecznej Ameryki, zbyt odległej, by zaatakować ją z morza, i zbyt wielkiej, by napaść ją z powietrza, pociski balistyczne stanowią od 60 lat jedyne realne zagrożenie wojskowe. Obrona przed rakietami będzie feblikiem niemal wszystkich prezydentów USA – od Harry’ego Trumana po George’a W. Busha. A chwilami nawet zbiorowym, amerykańskim marzeniem.

Pentagon zleca pierwsze badania już dwa miesiące po kapitulacji III Rzeszy, ale i w tej dziedzinie Rosjanie są szybsi. To oni w 1961 r. jako pierwsi strącają własny pocisk międzykontynentalny drugą rakietą balistyczną. Amerykanom pierwsze przechwycenie udaje się dopiero rok później, a w 1966 r., na fali strachu przed Chinami, które przetestowały właśnie bombę termojądrową, rząd USA przedstawia projekt obrony antyrakietowej największych miast Ameryki. Chiny są jednak tylko pretekstem – według CIA Rosjanie zaczęli właśnie budowę tarczy nad Moskwą, Biały Dom nie chce pozostać w tyle.

Amerykański program Sentinel nie wychodzi jednak poza fazę projektową. Torpeduje go niepopularna wojna w Wietnamie, a przede wszystkim brak skutecznych technologii. W 1972 r. Richard Nixon i Leonid Breżniew podpisują pierwsze porozumienie o ograniczeniu zbrojeń atomowych SALT I, a w nim traktat ABM, w którym każda ze stron godzi się nie budować więcej niż dwóch lokalnych tarcz antyrakietowych, a zgodnie z późniejszą poprawką już tylko po jednej. Sowieci stawiają na obronę stolicy, a Amerykanie – wybranej bazy pocisków dalekiego zasięgu.

Dlaczego wrogie mocarstwa dobrowolnie ograniczają obronę przeciwrakietową? Bo orientują się, że jej budowa podważy słynną MAD, doktrynę zapewnionego wzajemnego zniszczenia, na której opiera się zimnowojenny pokój. Jeśli każda ze stron posiadałaby rozbudowany system antybalistyczny, nie sposób byłoby określić rzeczywistych potencjałów atomowych, a to zacierałoby równowagę sił. Sowieci i Amerykanie zgodnie uznają, że zamiast zasłaniać się tarczami, lepiej nastawiać się na totalny, ale honorowy pojedynek.

Jest jeszcze powód techniczny. W latach 70. USA i ZSRR mają już dobre rakiety, a inżynierowie zajmują się doskonaleniem głowic. Wraz z miniaturyzacją ładunków atomowych rodzi się pomysł, by w głowicach umieścić także wabiki. Z braku tarcia w próżni kosmicznej przedmioty lecą z tą samą prędkością, niezależnie od ich ciężaru, więc jeśli głowica uwolni ładunek jądrowy i dwa balony z folii aluminiowej, dla radaru te trzy obiekty wyglądają podobnie. Albo wręcz identycznie, jeśli jeden z balonów rozwinąłby się wokół bomby.

Pierwsza amerykańska tarcza powstaje nieopodal wsi Nekoma w Dakocie Północnej. Na północ od bazy lotniczej New Forks, gdzie stacjonuje 150 pocisków Minuteman wycelowanych w Moskwę, wyrasta betonowe boisko ze stalowymi włazami i futurystycznym radarem w kształcie ściętej piramidy. W podziemnych silosach spoczywa 100 rakiet Spartan i Sprint. W razie ataku na Amerykę mają podlecieć do radzieckich głowic na 20 sekund przed upadkiem i zdetonować koło nich własne ładunki jądrowe. Plan pociągałby za sobą skażenie dużego obszaru środkowego Zachodu. Taka miała być cena za to, by Ameryka mogła odpowiedzieć na uderzenie.

Kongres uznaje ją za zbyt wysoką. W październiku 1975 r., 6 lat po uchwaleniu programu, 8 miesięcy po uruchomieniu bazy w Nekomie i zaledwie dobę po tym, jak osiągnęła ona pełną gotowość bojową, Senat każe ją zamknąć. Decyzja wydaje się lekkomyślna, ale jest podyktowana trzeźwą kalkulacją finansową. Utrzymanie bazy kosztuje majątek, a jej opłacalność jest znikoma, zważywszy, że byłaby jednym z pierwszych celów zmasowanego radzieckiego ataku. A nawet gdyby do niego nie doszło, detonacja pierwszego ładunku oślepiłaby własny radar Safeguarda, uniemożliwiając śledzenie kolejnych głowic.

Po kosztownej porażce amerykańskie marzenie o tarczy zamiera na prawie dekadę. Żeby je reanimować, trzeba filmowej fantazji Ronalda Reagana, który w marcu 1983 r. ogłasza Inicjatywę na Rzecz Obrony Strategicznej. W orędziu telewizyjnym roztacza przed Ameryką wizję bezpieczeństwa na Ziemi i dominacji w kosmosie, a wszystko dzięki laserom na satelitach, które zniszczą radzieckie pociski. Dziennikarze przechrzczą projekt Reagana na Gwiezdne Wojny.

Kres zimnej wojny stwarza wygodny pretekst do zamknięcia nierealistycznego programu, kolejnego, który pochłonął miliony, nie przynosząc obiecanego rezultatu. George Bush senior przemianowuje Gwiezdne Wojny na mniej ambitny GPALS, Globalną Obronę przed Ograniczonym Atakiem. Od upadku ZSRR Stany nie boją się już zmasowanego ataku, tylko przypadkowego odpalenia albo przejęcia którejś z poradzieckich rakiet przez terrorystów. Ale prawdziwym zagrożeniem okazują się nie wielkie pociski międzykontynentalne, tylko rakiety krótkiego i średniego zasięgu, pamiątka po ZSRR na wyposażeniu wszelkich możliwych reżimów.

Podczas pierwszej wojny w Zatoce w 1991 r. Saddam Husajn broni się Scudami, posyłając je na Izrael i Arabię Saudyjską. Dla USA to doskonała okazja, by sprawdzić najnowszy nabytek Pentagonu, system obrony przeciwlotniczej Patriot. Izraelczycy kupują maski gazowe i uszczelniają domy na wypadek, gdyby Saddam uzbroił Scudy w gaz musztardowy. Ale na budynki mieszkalne spada tylko kilka irackich rakiet, a Pentagon ogłasza 95-proc. skuteczność Patriotów. Jednak rzeczywistość jest zgoła inna.

Jak ujawni niewiele później Theodore Postol, fizyk z Massachusetts Institute of Technology (patrz ramka), przeciw 47 Scudom armia odpaliła aż 158 Patriotów, nie strącając ani jednego wrogiego pocisku. Iracka rakieta ma chałupniczo powiększony bak, przez co chybocze się na boki, zamiast lecieć po sznurku jak przykładny radziecki samolot. Komputery Patriotów głupieją, a większość Scudów po prostu nie dolatuje do celów. Jedna z rakiet wskutek błędu w oprogramowaniu przedziera się niezauważona przez zasieki Patriotów i spada na amerykańskie koszary w Arabii Saudyjskiej, zabijając 28 żołnierzy.

Po prawie półwieczu przygotowań do wielkiego, strategicznego uderzenia Amerykę upokarza dyktator z garścią przestarzałych rakiet taktycznych. Za Billa Clintona armia skupia się więc na obronie pola walki – powstają Patrioty PAC-3 i THAAD. Clinton daje Pentagonowi pieniądze na Narodową Obronę Przeciwrakietową, ale zapowiada, że nie podpisze decyzji o budowie stałych, naziemnych baz, jeśli do 2000 r. armia nie pokaże działającego systemu. Pentagon nie spełnia warunku, ale rządzący w Kongresie republikanie z Donaldem Rumsfeldem na czele zapowiadają już wielki powrót tarczy pod rządami Busha.

Atak na WTC dowodzi wprawdzie, że łatwiej uderzyć w Manhattan samolotem pasażerskim pełnym paliwa niż międzykontynentalną rakietą balistyczną, ale neokonserwatyści kreślą już „oś zła”, sojusz Iranu, Korei Północnej i Syrii, które pracują rzekomo nad bombą atomową i rakietami dalekiego zasięgu, by zaatakować Zachód. Wojna z terroryzmem to jedno, mówią neokoni, ale bez tarczy Ameryka nie obroni się przed niechybnym atakiem „państw bandyckich”. Stany Zjednoczone muszą być gotowe, gdy Iran lub Korea powiedzą „sprawdzam”.

Ale strącenie pocisku balistycznego to nie lada wyzwanie. Teoretycznie najlepiej zrobić to w fazie startu, gdy rakieta jest cała, od głowicy nie odłączyły się jeszcze zbiorniki z paliwem, a rozgrzany silnik jest łatwy do namierzenia. Jest tylko jeden problem: przy dzisiejszych rakietach pierwsza faza lotu trwa ok. 180 sekund. Drugi najdogodniejszy moment to faza powrotna. Ładunek wraca do atmosfery już bez wabików, ale czasu na zestrzelenie jest jeszcze mniej, bo około minuty, a skuteczna obrona wymagałaby umieszczenia wyrzutni przy każdym potencjalnym celu.

Z obu tych przyczyn wysiłki Pentagonu skupiają się na środkowej, najdłuższej fazie lotu i antyrakietach wystrzeliwanych z lądu. Pocisk z Europy do USA leci w kosmosie około 20 minut, więc jest dość czasu na wykrycie ataku i odpalenie antyrakiet. Na dodatek przemieszcza się z tak ogromną prędkością, że do zniszczenia głowicy wystarczy czołowe zderzenie. Pozostaje tylko trafić w ładunek atomowy, pędzący 25 tys. km na godzinę, nie myląc go z wabikami. A to bardzo trudne.

Tuż po zwycięstwie George’a Busha juniora Kongres przyjmuje ustawę o obronie przeciwrakietowej, a trzy miesiące po 11 września Biały Dom jednostronnie wycofuje się z traktatu ABM i rozpoczyna budowę dwóch pierwszych baz antyrakiet – w Fort Greely na Alasce i Vandenberg w Kalifornii. Od 2006 r. obie są formalnie w gotowości bojowej, ale w praktyce służą do testowania bardzo eksperymentalnej broni. A testy to delikatna sprawa, gdy chce się za wszelką cenę osiągnąć pozytywny wynik.

Na ekranie widać białą pokrywę silosu w kształcie połówki jajka. Chwilę wcześniej radary zlokalizowały „wrogą” rakietę, wystrzeloną z amerykańskiego okrętu. Połówka jajka pęka, z otworu zionie w górę strumień ognia, po czym z chmury dymu wynurza się smukła antyrakieta. Kilkanaście minut później zamienia się w żółty punkt mknący po ekranie kamery termowizyjnej. Dwie sekundy później wpada na pomarańczową kropkę, a po ekranie rozlewa się biała plama eksplozji. Pocisk przechwytujący staranował głowicę. Brakuje tylko huku, ale w próżni dźwięk się nie rozchodzi.

Imponujący widok, ale to niestety tylko teatr. Pentagon chwali się, że tarcza zaliczyła 34 z 42 testów, ale do strąceń doszło w sztucznych warunkach – gdy system wiedział, skąd, z jaką prędkością i kiedy nadleci „wróg” i gdy były nim najprostsze głowice, bez wabików i innych utrudnień. Na początku zdesperowani wojskowi montowali we „wrogich” pociskach nawet nadajniki naprowadzające. Według Philipa Coyle’a, dyrektora ds. testów broni w Pentagonie za rządów Clintona, nie sposób ocenić wiarygodności obecnych prób.

„Sposób budowy obrony antybalistycznej doprowadził do powstania kolosalnego systemu obronnego, który nie podlega żadnym twardym wymogom rozwojowym, sam zarządza swoimi priorytetami i nie przewiduje ograniczeń dla kolejnych wydatków” – piszą w niedawnym raporcie eksperci z pozarządowego Centrum Informacji Obronnej w Waszyngtonie. Jedno wiadomo na pewno: tarcza, rozumiana potocznie jako parasol szczelnie chroniący przed wrogimi rakietami, to tylko obrazowa metafora.

Za hasłem obrony antyrakietowej kryje się kilka odrębnych systemów na różnym etapie rozwoju, z których każdy działa w wybranych warunkach i nie na wszystkie rodzaje pocisków. Eksperymentalny laser lotniczy ma strącać rakiety krótko po starcie, ale nie działa. Trzon tarczy, naziemne pociski do strącania rakiet dalekiego zasięgu są w fazie testów, a antyrakieta, która ma stacjonować w Redzikowie, nie została nawet zbudowana. Ostatnią linię obrony mają zapewnić przenośne baterie THAAD i PAC-3, ale strzelają tylko do rakiet krótkiego i średniego zasięgu. Stosunkowo najdalej rozwinięty i sprawdzony jest morski system Aegis, ale też nie działa na rakiety międzykontynentalne.

Odkąd demokraci półtora roku temu przejęli Kongres, szef Agencji Obrony Rakietowej coraz częściej musi tłumaczyć się na Kapitolu. Wiosną kongresmeni zablokowali budowę baz w Polsce i Czechach, dopóki oba kraje nie ratyfikują umów z USA, a Pentagon nie zaświadczy o skuteczności pocisków przechwytujących. Demokraci nie chcą przed wyborami otwarcie atakować tarczy, liczą jednak na to, że ratyfikacja w Czechach się nie powiedzie, a departament obrony nie będzie na tyle lekkomyślny, by certyfikować niesprawdzony wynalazek.

Ale najboleśniejszy cios zadała tarczy CIA. W Narodowej Ocenie Wywiadowczej z listopada ubiegłego roku szpiedzy napisali, że Iran zatrzymał program bomby atomowej w 2003 r. i nie zbuduje pocisku dalekiego zasięgu bez pomocy z zewnątrz. Potwierdziły to lipcowe testy rakiet – Irańczycy nie pokazali żadnej, która mogłaby dolecieć do Europy lub USA, a znany wcześniej sprzęt okazał się na tyle zawodny, że musieli retuszować zdjęcia, by ukryć falstart dwóch rakiet. Drugi wróg, Korea Północna, przed którą chroni Stany baza na Alasce, przystała w czerwcu na amerykański plan likwidacji swojego programu atomowego.

Według Białego Domu tarcza jest nadal potrzebna. Ale jeśli nie chodzi o Iran i Koreę Północną, to czyje rakiety ma przechwytywać? W sąsiedztwie każdego z krajów leżą dwa inne, znacznie większe i groźniejsze dla Ameryki, oba uzbrojone w rakiety i bomby atomowe. To Rosja i Chiny. Moskwa od początku twierdzi, że tarcza jest wymierzona w jej pociski. Waszyngton wielokrotnie temu zaprzeczał, Agencja Obrony Antyrakietowej wydała nawet opracowanie na dowód, że to technicznie niemożliwe. Ale w te zapewnienia wątpią już nie tylko Rosjanie.

Theodore Postol, który obnażył manipulacje Pentagonu przy Patriotach, skalkulował czasy dolotu antyrakiet z Redzikowa i nałożył je na trajektorie rosyjskich pocisków międzykontynentalnych w drodze do Ameryki. Z jego wyliczeń wynika, że tarcza, jeśli zaczęłaby działać, będzie w stanie strącić każdy rosyjski pocisk atomowy wystrzelony na zachód od Uralu, gdzie stacjonuje większość strategicznego arsenału rosyjskiego. Pentagon podważa te kalkulacje, ale odmawia pokazania własnych, które obaliłyby wersję Postola. Zamiast tego przysłał do jego biura wywiad, by ustalił, skąd fizyk z MIT ma zastrzeżone dane o pocisku przechwytującym.

Gdyby Rosja chciała zaatakować USA, 10 antyrakiet w Polsce nie powstrzymałoby 700 rosyjskich pocisków międzykontynentalnych. Ale Postol zwraca uwagę, że Ameryka nie określiła docelowego rozmiaru tarczy. Rosjanie obawiają się, że z 10 rakiet zrobi się 100, a potem 200. Pekin nie reaguje na tarczę tak ostro jak Moskwa, ale instalacja systemów Aegis i THAAD w Japonii oraz PAC-3 w Korei Południowej budzi w Chinach podobne obawy co wyrzutnia w Polsce u Rosjan.

Jeśli rzeczywiście chodzi o Rosję i Chiny, to celem budowy tarczy nie jest obrona terytorium USA i Europy, jak twierdzi Biały Dom, tylko zastąpienie atomowej równowagi supremacją Ameryki. Mając broń zdolną unieszkodliwić arsenały atomowe Chin i Rosji, Stany Zjednoczone zyskałyby strategiczną przewagę w wielobiegunowym świecie i wyciągnęłyby wymierną korzyść z 60 lat badań i 140 mld dol. wydanych na obronę antybalistyczną w ciągu minionego ćwierćwiecza. Do tego potrzebny jest tylko jeden cud: tarcza musi zacząć działać.

Co na to Rosja? Jeśli nie zdoła udaremnić budowy baz w Europie, np. szantażem energetycznym, ma dwa wyjścia: zniszczyć je (ale nie bombą atomową, tylko chirurgicznym nalotem) albo, co znacznie bardziej prawdopodobne, budować konkurencyjną tarczę antyrakietową. Paradoksalnie ten wyścig mógłby doprowadzić do atomowego rozbrojenia mocarstw. Gdyby Rosjanie zdołali dogonić Amerykanów, równowaga systemów obronnych wyeliminowałaby ryzyko wojny jądrowej – doktryna gwarantowanego zniszczenia odnosiłaby się już nie do państw, ale ich arsenałów jądrowych.

Ale wyścig tarcz może też skłonić Chiny do uzupełnienia ich niewielkiego arsenału atomowego o nową, zapewne nowocześniejszą broń. Rosja, jeśli poczuje się odtrącona przez Zachód, może pomóc wrogom Ameryki w budowie mniejszych rakiet. Spece od obronności ostrzegają, że przyszłe wojny nie będą konfliktami balistycznymi, tylko takimi, jakie zobaczyliśmy 11 września 2001 r. albo dziś w Afganistanie. Wojnami asymetrycznymi, gdzie bronią jest uprowadzony samolot pasażerski, przydrożny ładunek wybuchowy albo cywil-samobójca z pasem ładunków pod galabiją.

Jeśli już z użyciem rakiet, to takich, jakimi Hezbollah sparaliżował dwa lata temu Izrael – odpalanych z podwórka pocisków domowej roboty, wobec których najnowsze antyrakiety są równie bezradne co Patrioty wobec irackich Scudów. W 2006 r. Izraela nie osłoniła żadna z trzech posiadanych tarcz i musiał zabrać się za budowę kolejnej, tzw. Żelaznej Kopuły, pomyślanej specjalnie przeciw małym pociskom. Globalna tarcza, skrojona na broń strategiczną z czasów zimnej wojny i testowana w sztucznych warunkach, może okazać się równie bezużyteczna w starciu z rzeczywistymi zagrożeniami.

Mamy za sobą kilka dekad straszenia rakietami i promocji systemów antyrakietowych – mówi Joseph Cirincione, ekspert od broni atomowej i prezes fundacji Ploughshares Fund, zajmującej się rozbrojeniami. – Pierwsza fala zainteresowania przyszła w latach 60., zbudowaliśmy system na początku lat 70. tylko po to, by wyłączyć go w połowie tej samej dekady. Zainteresowanie wróciło w latach 80., wydaliśmy mnóstwo pieniędzy, nie budując niczego, a w latach 90. obcięliśmy wydatki. W tej dekadzie przyszła kolejna fala, której szczyt właśnie minął.
 

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj