szukaj
Chce być jak Jolie
Ciąża z marżą
Mieszkanka Kalifornii Nadia Suleiman powiła ośmioraczki, drugie w historii Ameryki. Po raz pierwszy na świecie wszystkie przeżyły poród. Ale wydarzenie wywołało wielką awanturę.
Nadia Suleiman z jednym z dzieci
Craig Williams/BEW

Nadia Suleiman z jednym z dzieci

Jakoś nie widać powszechnej radości, prezydent nie wysyła życzeń, do domu błogosławionych narodzin nie płynie lawina gratulacji i prezentów. Nie bez powodu – matką urodzonych w styczniu niemowląt jest 33-letnia, samotna i bezrobotna, mieszkająca z rodzicami kobieta. Dzieci zostały poczęte in vitro, z założeniem, że może ich się urodzić kilkoro – chociaż matka Nadia Suleiman przedtem już urodziła sześcioro. Teraz ma ich 14. A więc szaleństwo i infantylna nieodpowiedzialność – ale nie tylko. Historia z ośmioraczkami to dzwonek alarmowy dla całego amerykańskiego systemu wspomagania naturalnej reprodukcji.

Nadia bardzo chciała mieć dzieci, ale okazało się, że nie może zajść w ciążę. Po krótkim, zakończonym rozwodem, małżeństwie zdecydowała się na leczenie bezpłodności. W odstępie kilku lat urodziła sześcioro dzieci. Najstarsze ma już siedem lat. Nadia zapragnęła jednak więcej. Mówi, że w dzieciństwie czuła się izolowana i dzieci mają jej zrekompensować ówczesną samotność. Podobno na jej prośbę dr Michael M. Kamrava z kliniki w Beverly Hills wszczepił jej sześć embrionów. Dwa z nich podzieliły się i dlatego w szpitalu Kaiser Permanente w Los Angeles 26 stycznia urodziło się ośmioro. Dawcą spermy – podobno, bo w całej historii są jeszcze niejasności – jest ojciec poprzednich sześciorga dzieci Nadii, ale nie jej były mąż.

 

Fakt, że wszystkie ośmioraczki, choć urodzone przedwcześnie, żyją, jest szczęśliwym zrządzeniem losu, ale wiadomo, że im więcej dzieci rodzi się za jednym razem, tym większe ryzyko wad genetycznych i chorób. Ze znanych na świecie urodzeń ośmioraczków nie zdarzyło się do tej pory, by któreś z nich nie cierpiało na poważne schorzenia. Suleiman ze swoim lekarzem narazili więc przede wszystkim zdrowie dzieci. Koszt porodu, który przyjmowało 46 osób – około miliona dolarów – pokryje Medical, kalifornijska wersja państwowego ubezpieczenia dla ubogich Amerykanów Medicaid. Przewiduje się jednak, że przyszłe leczenie ośmioraczków – nie mówiąc o koszcie ich odchowania – pochłonie kolejne kilka milionów. Rodzice, na których utrzymaniu Nadia się znajduje, stracili niedawno dom, przejęty przez bank za długi, i ogłosili bankructwo. Rachunki zapłaci więc podatnik.

Nawet matka Nadii Suleiman przyznaje, że jej obsesja macierzyństwa świadczy o umysłowym niezrównoważeniu. (Nadia leczyła się kiedyś na depresję wywołaną pracą w szpitalu psychiatrycznym). Komentujący historię internauci nie mają dla niej pobłażania. Epitety „świr” to łagodniejsze określenia, jakim się ją obdarza. „Dlaczego mamy finansować tę wariatkę” – napisał ktoś. Niektórzy wezwali do jej sterylizacji. Komentator konserwatywnej telewizji Fox News Bill O’Reilly oskarżył ją o „przestępcze narażenie dzieci na niebezpieczeństwo”. Bulwarówki rozpuszczają pogłoski, że Nadia zrobiła sobie operację plastyczną, aby upodobnić się do Angeliny Jolie.

Tylko biznes? 

Rodzina Suleiman żyje na razie z cyrku medialnego, który – jak to w Ameryce – błyskawicznie powstał wokół smakowitej story. Za wywiady dla telewizji i tabloidów Nadia inkasuje grube honoraria. Po wyjściu ze szpitala wynajęła agentkę, która miała zająć się zbieraniem umów na książki i scenariusze o ośmioraczkach. Dzięki nowym dochodom Suleimanowie kupili dom za pół miliona dolarów z czterema sypialniami i trzema łazienkami, gdzie matka z 14 dzieci ma się wprowadzić. Opiekę zaoferowała organizacja pielęgniarek ochotniczek Angels in Waiting (Aniołowie w Pogotowiu), specjalizująca się w dzieciach specjalnej troski i sprowadzona przez popularną telewizyjną gwiazdę dr. Phila McGrawa. Do matki rekordzistki dzwonią agenci z Hollywood, proponując występy w telewizyjnym reality show.

Pojawiają się jednak problemy – pierwsza agentka od PR odeszła po otrzymaniu anonimowych pogróżek. Z drugim agentem Nadia się pokłóciła, kiedy nazwał ją chciwą wariatką. Fascynacja cudownym porodem na razie trwa w tabloidowym maglu, ale może opaść. Kontrakty się wtedy skończą i gromadkę dzieci trzeba będzie utrzymywać samemu, czyli korzystając z pomocy państwa. Chyba że matka ośmioraczków okaże się zręczną biznesmenką i pomnoży obecne dochody w równie cudowny sposób, w jaki urodziła. Mitch Albom, autor książki „Wtorki z Morriem”, przestrzega przez naśladowczyniami Nadii. „Będzie cała galeria kobiet, które zafundują sobie wielką liczbę dzieci w nadziei wyrwania pieniędzy, domu, a przede wszystkim przyciągnięcia uwagi kraju” – napisał autor w internetowym wydaniu „Detroit Free Press”.

Ponieważ zapłodnienie in vitro nie gwarantuje udanej ciąży, lekarze wszczepiają zwykle kobiecie więcej niż jeden embrion, co zwiększa szanse urodzenia dziecka. Ze względu na ryzyko związane z porodem wieloraczków amerykańskie Towarzystwo Medycyny Reprodukcyjnej zaleca, by kobietom do 35 roku życia implantować nie więcej niż dwa embriony, a powyżej 40 lat – a takich jest coraz więcej – najwyżej trzy. Wszczepienie Nadii sześciu było rażącym naruszeniem tych wytycznych. Tylko jednak wytycznych – w USA nie ma bowiem prawa ograniczającego liczbę embrionów i rząd nie reguluje medycyny reproduktywnej. Inaczej niż w innych krajach, np. w Wielkiej Brytanii, gdzie lekarzy tej specjalności nadzoruje rządowa agencja, albo w Niemczech i Włoszech, gdzie pod groźbą sankcji karnych obowiązuje limit trzech embrionów jednorazowo.

Lekarze amerykańscy twierdzą, że prawne restrykcje nie są wskazane, gdyż nie można w ten sposób uwzględnić indywidualnych sytuacji kobiet. Nie naszym jest zadaniem mówić kobietom, ile mają mieć dzieci – powiadają. Nie można też decydować za kobietę, czy może sobie pozwolić na dzieci i czy w ogóle powinna je mieć. Na tej zasadzie odmawiano niedawno kuracji in vitro lesbijkom, a nawet singielkom. W odróżnieniu od adopcji, nie sprawdza się więc warunków domowych kandydatek do sztucznego zapłodnienia i prawie nie robi im się testów psychologicznych. Ameryka to wolny kraj, nie Chiny, gdzie rząd reguluje wielkość rodziny – mawiają lekarze. – Czy chcemy praw ograniczających liczbę dzieci? Państwowa legislacja medycyny to zły pomysł. Lepiej mieć odpowiedzialnych lekarzy i wewnętrzną kontrolę profesji – mówi dr Richard Paulson z kliniki leczenia bezpłodności na Uniwersytecie Południowej Kalifornii.

Dwa w cenie jednego 

Ale pod pięknymi słowami kryje się też motywacja bardziej prozaiczna. Jeden cykl zapłodnienia in vitro kosztuje od 10 do 12 tys. dol. Im więcej embrionów się wszczepi, tym większa szansa na dziecko – dr Paulson chwali się, że wskaźnik powodzenia zabiegu jest w USA dwukrotnie wyższy niż w Europie. Sztuczna reprodukcja to intratny biznes. Poza tym firmy ubezpieczeniowe w USA z reguły nie pokrywają kosztów IVF (in vitro fertilization); trzeba płacić z własnej kieszeni, więc kobiety żądają wszczepienia więcej embrionów, aby mieć większą gwarancję, że procedury nie trzeba będzie powtarzać. Na opornych lekarzy naciskają nieraz adwokaci pacjentek.

Tragikomedia z ośmioraczkami przypomniała wszakże, że w ostatnich kilkunastu latach wyraźnie przybyło wielodzietnych urodzeń, związanych z zażywaniem leków na bezpłodność, sztucznym zapłodnieniem i rosnącą liczbą kobiet decydujących się na macierzyństwo po trzydziestce albo później. Ponieważ zwiększa to zagrożenie zdrowia dzieci i matek, podnoszą się głosy, aby lekarze potrafili twardo powiedzieć pacjentkom: nie, i aby medycynę reproduktywną poddać regulacjom prawnym. Wezwał do tego m.in. dr Arthur Caplan z Uniwersytetu Pensylwania, jeden z wybitniejszych w USA autorytetów w dziedzinie etyki medycznej.

„Teza, że lekarze nie powinni wytyczać ograniczeń, kto może korzystać z zapłodnienia in vitro, jest z etycznego punktu widzenia bzdurą. Jeśli przychodzi do kliniki ktoś, kto znęcał się nad dzieckiem, karany, z nałogiem narkotykowym, czy lekarz powinien po prostu powiedzieć: Jeśli masz pieniądze, zrobię tyle dzieci, ile chcesz?... Lekarze nie mają obowiązku honorowania wszystkich żądań pacjenta. (...) A jeśli środowisko medyczne nie chce lub nie może przywołać do porządku swoich członków, musi się włączyć rząd” – napisał Caplan w periodyku „Free Inquiry”. Zareagowali także politycy. W parlamentach stanowych w Missouri i Georgii przygotowano projekty ustaw ograniczających liczbę embrionów, które można wszczepić w jednym cyklu in vitro.

* Autor jest korespondentem PAP w Waszyngtonie.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj