Archiwum Polityki

Jak ksiądz po kolędzie

Mam nowych znajomych: jako rachmistrz spisałam ponad 300 warszawiaków. Było różnie: śmiesznie, smutno, oficjalnie, miło. Albo buzowało rodzinnym ciepełkiem, albo wiało starzejącą się samotnością. Zobaczyłam przekrój polskiego społeczeństwa wcześniej niż analitycy GUS. Ale czy reprezentatywną miałam grupę, to się oczywiście dopiero okaże.

Prasa oddała rachmistrzom niedźwiedzią przysługę. Szlachetna akcja „Gazety Wyborczej” poszła jak para w gwizdek: najpierw gromko upominała się o pracę rachmistrza dla bezrobotnych, a potem szeroko rozwodziła się nad tym, jak słabo jest płatna. Komentarze ludzi w czasie obchodu spisowego: – Tak, słyszałem, że to ciężka praca i za śmieszne pieniądze, i dlatego nikt jej nie chciał. A pani, to co, pewnie bezrobotna? Tylko raz jedna pani nie czytała chyba prasy: – Ja przepraszam, że pytam, ale czy państwo wykonują tę pracę charytatywnie?

Polityka 23.2002 (2353) z dnia 08.06.2002; Społeczeństwo; s. 98