Archiwum Polityki

Polska debata: huzia na Józia

Debata to – wedle różnych definicji – dysputa, narada, oma-wianie zagadnień, roztrząsanie problemów. W słowie tym zawarte są zgoła inne znaczenia niż w określeniach – kłótnia, pyskówka, awantura, konflikt. Tymczasem polska debata publiczna kojarzy się właśnie z pyskówką.

Zaczęło się od sporu, kto może w debacie uczestniczyć. Na początku wolności siłą rozpędu dyskutowała inteligencja. Zasłużeni dysydenci i intelektualiści pojawili się w telewizji, powstawały nowe pisma i było niezwykle ważne, kto je obejmie (największy spór nie tyczył wcale „Gazety Wyborczej”, ale „Tygodnika Solidarność”), reaktywowały się tytuły niegdyś zamknięte przez komunistów – inteligencja śmiało przystępowała do rządu dusz. Bardzo szybko jednak z kręgów nowej polityki padło pytanie: a niby z jakiego tytułu? Dlaczego to uprawianie zawodu umysłowego ma dawać jakieś przywileje obecności w życiu publicznym? Czym pisarz lepszy od spawacza? Naprawdę liczyć się powinien głos masowych związków, partii politycznych, polityków wybranych do parlamentu – słowem reprezentantów społeczeństwa.

Mechanizm rugowania dotychczasowych dysponentów przestrzeni publicznej przez tworzącą się szybko klasę polityczną zbiegł się z przemianami, jakie dotknęły warstwę inteligencji. Przestała dzierżyć prymat w diagnozowaniu świadomości społecznej, zbiorowych pragnień, celów do osiągnięcia; ludzie wykształceni objęli funkcję ekspertów przywoływanych przez politykę lub media do doradzania bądź komentowania. Wraz z nimi z centrum debaty publicznej odeszła sztuka erystyki. W sporach polityków nie usłyszymy sformułowań: „rzeczywiście tak jest, niemniej...”, „zgadzam się, ale...” – ponieważ przestało chodzić o wymianę poglądów, przestano się słuchać, ważyć racje, odpowiadać.

Inteligencja zatem objęła działkę gdzieś w kulisach, a na scenie zostali politycy i społeczeństwo. Relacje między tymi podmiotami są trudne do określenia, bo po prawdzie nie wiadomo, kto jest nadawcą, a kto odbiorcą w procesie komunikacji. Na pozór wydaje się, że to politycy diagnozują i proponują, ale oni twierdzą, że są jedynie niczym membrana odbierająca sygnały z dołu i stosownie je wzmacniająca.

Polityka 47.2004 (2479) z dnia 20.11.2004; Kraj; s. 42
Reklama