Archiwum Polityki

SOS z Bałtyku

Wyspy Alandzkie od lat żyją z turystyki. Jednak olbrzymie promy, które przywoziły Finów i Szwedów, zaczynają świecić pustkami. Władze zastanawiają się, jak przyciągnąć turystów z innych krajów.

Jörgen Lundqvist, wójt gminy Eckerö na Wyspach Alandzkich, chciałby zachęcić do odwiedzania wyspy nowych globtroterów. Jednak tanie alkohole i papierosy, którymi nęcono Skandynawów, stały się ostatnio jeszcze tańsze w Tallinie, Gdańsku i Rydze, a nawet w Niemczech, po drugiej stronie Bałtyku. Wyspy Alandzkie przeżywają kryzys; liczba noclegów w hotelach i obiektach turystycznych spadła z 570 tys. w 1997 r. do 483 tys. dziś. Wójt coraz częściej wyrusza do Polski, żeby na targach turystycznych przekonywać naszych rodaków, że lepszych wakacji niż u niego nie znajdą nigdzie.

Wójt (oficjalnie dyrektor gminy) Lundqvist wie, po licznych pobytach w naszym kraju, że Polacy interesują się przeszłością, więc sięgnął do argumentów historycznych. Po dogłębnym przeanalizowaniu archiwów doszedł do wniosku, że Wyspy Alandzkie w czasach szesnastowiecznej polsko-szwedzkiej unii były ostatnim na północy bastionem polskości. Lundqvist ustalił, że wojska Zygmunta III Wazy broniły w 1599 r. alandzkiego zamku Kastelholm, głównego zabytku na wyspach. Wielu polskich oficerów i żołnierzy służyło tu także w rosyjskiej twierdzy Bomarsund, zburzonej podczas wojny krymskiej przez Anglików i Francuzów. – Jeśli prawie 40 mln Polaków, miliony Rosjan i Bałtów odkryją nasz bałtycki raj, Alandy zostaną uratowane – mówi z nadzieją Lundqvist. – Warszawę dzieli od nas niespełna 900, łatwych do pokonania, kilometrów – zachęca.

W zdobywaniu polskich serc pomagają mu nieliczni Polacy

zamieszkali na wyspach. 28-letni torunianin Krzysztof Wolański, któremu „Tygodnik Alandzki” poświęcił ostatnio kilka stron jako nowemu Alandczykowi, w wolnych chwilach tłumaczy na polski broszury turystyczne.

Polityka 26.2006 (2560) z dnia 01.07.2006; Świat; s. 54
Reklama