Archiwum Polityki

John Malkovich, o roli we wchodzącym na nasze ekrany filmie „Być jak Stanley Kubrick” i innych zajęciach

Kim pan dzisiaj jest – aktorem, producentem, reżyserem?

Reżyseruję sztuki i filmy, jestem też coraz częściej producentem sztuk i filmów. Ale oczywiście od ponad dwudziestu lat jestem aktorem filmowym i jeszcze dłużej teatralnym.

A kiedy pomysły reżysera wydają się panu błędne?

Nie będę ukrywać, że zdarzyło mi się reżyserować swoje sceny w cudzym filmie, zdarzyło mi się przepisywać cały scenariusz, zdarzyło mi się także powiedzieć reżyserowi: Proszę mi nie zadawać pytań, tylko powiedzieć, co mam zrobić, bo nie jestem przecież współtwórcą pańskiego filmu.

„Być jak Stanley Kubrick” jest filmem o tyle ciekawym, że do historii Alana Conwaya, podszywającego się pod Kubricka, można podejść na różne sposoby, a reżyser Brian Cook, niegdyś współpracownik Kubricka, postawił w wielu momentach na ton farsowy.

Po przeczytaniu scenariusza miałem wrażenie, że film jest zbyt epizodyczny, że dostajemy tu po prostu ciąg skeczy. Zasugerowałem reżyserowi, że powinniśmy popracować nad zmianami i częściowo nam się to udało. Był to jednak film, przy którym musiałem odpowiedzieć sobie, jak daleko mogę ingerować. Jestem tu aktorem, a nie producentem czy reżyserem. Gdybym to ja reżyserował, nakręciłbym film inaczej. Na przykład nie obsadziłbym samego siebie. Gdybym z kolei produkował ten film, to zapewne wolałbym opowiedzieć tę historię w inny sposób. Ale w tym przypadku uznałem, że mogę pozwolić sobie jedynie na sugestie. Dla odmiany, na przykład w filmie „Gra Ripleya” Liliany Cavani nie dawałem reżyserce żadnych sugestii reżyserskich, ale ustaliliśmy, że przepiszę na nowo wielkie kawały scenariusza.

W „Być jak Stanley Kubrick” skupił się pan na roli?

Polityka 16.2006 (2551) z dnia 22.04.2006; Kultura; s. 58
Reklama