Archiwum Polityki

Przychodzi chora do znachora

Im bardziej ochrona zdrowia popada w ruinę, im trudniej dostać się do specjalisty – tym szybciej rośnie popularność uzdrowicieli. To szarostrefowa medycyna jako pierwsza przyswoiła reguły wolnego rynku. Mamy już w Polsce 70 tys. bioenergoterapeutów, medyków leczących uryną, magnetyzerów tłumiących złe pola. Rozszerza się oferta tybetańskich mnichów, mongolskich magów i ukraińskich wróżek. Wszystkim im gwałtownie przybywa pacjentów. Nie można zatem dłużej chować głowy w piasek – jak czyni to resort zdrowia – i udawać, że medycyna alternatywna to nieznaczący margines, wstydliwe znachorskie podziemie. Czas, aby oficjalna medycyna skończyła z pełnym pogardy poczuciem wyższości. Pora rozpocząć wolną od uprzedzeń debatę nad przydatnością niekonwencjonalnych metod leczenia. Trzeba oswoić te przydatne, by tym skuteczniej wyrugować te podejrzane, oszukańcze. Tylko w ten sposób można się uchronić przed szarlatanerią żerującą na ludzkiej naiwności.

U pięcioletniego Marcina rozpoznano nowotwór złośliwy gałki ocznej. Lekarze poinformowali rodziców, że chcąc ratować syna muszą zgodzić się na usunięcie chorego oka. Odmówili. Wypisali dziecko ze szpitala, przez pół roku jeździli z nim na drugi koniec Polski do bioenergoterapeuty i leczyli torfowym preparatem Tołpy. Stan oka się pogarszał, więc wrócili z Marcinem do lekarzy, którzy kiedyś chcieli go operować. Okazało się, że nowotwór przekroczył już ściany gałki ocznej.

Polityka 18.2001 (2296) z dnia 05.05.2001; Raport; s. 3