Archiwum Polityki

Hanemann frasobliwy

Niepowodzenie „Hanemanna” w gdańskim Wybrzeżu jest niestety jedną z wielu przegranych ostatnio bitew w cichej wojnie, która toczy się w łonie sceny. Wojnie między teatrem pragnącym głęboko ukorzenić się na swoim miejscu, osadzającym swe dzieła w historii, w genealogiach, w realiach, w mitologii lokalnej – a teatrem sięgającym po problemy uniwersalne, ponadczasowe, aktualne pod każdą długością geograficzną. Ten drugi jest dziś w uderzeniu, zdobywa zwolenników, porusza emocje. Czy jednak ów pierwszy skazany jest przez to bezapelacyjnie na drugorzędność?

Kłopotów z przeniesieniem „Hanemanna” na scenę można było się spodziewać poniekąd z góry. Powieść Stefana Chwina (Paszport „Polityki” 1996) rozgrywająca się w powojennym Gdańsku była już kiedyś przedmiotem inscenizacji: realizował ją w Koszalinie Sebastian Majewski, reżyser wsławiony świetnym uscenicznieniem „Prawieku” Olgi Tokarczuk. Klęskę poniósł był druzgocącą; z przedstawienia nie było czego zbierać. I było widać jak na dłoni, że proza ta stawia opór reżyserskim zabiegom, że jej rytm nie chce dać się przekształcić na działania sceniczne.

Polityka 6.2002 (2336) z dnia 09.02.2002; Kultura; s. 53
Reklama