Archiwum Polityki

Zapraszamy do katastrofy!

Bruce Willis, krótko ostrzyżony i o spojrzeniu zawsze zdecydowanym, jeszcze raz ocalił nasz świat, według moich obliczeń po raz piąty, i okazał się najwybitniejszym w historii kina zawodowym ratownikiem ludzkości od zagłady, tym razem w superprodukcji "Armageddon".

Jest to zapewne najbardziej rozdęte osiągnięcie gatunku, zwanego w żargonie fachowców "end-of-the-wordler", czyli końcoświatowiec: przeszło dwie godziny nagromadzenia efektów, używanych w podobnych produkcjach. Mamy więc kolosalne urządzenia: rakiety, maszyny, laboratoria, błyszczące metalowe przewody, których końca nie widać, ekrany pełne tablic migających we wszystkich kolorach, korytarze w postaci piętrowych rur z aluminium, które nie wiadomo dokąd prowadzą (przeważnie z jednego przejścia do drugiego), labirynt elektroniczny kompletnie niezrozumiały i którego sensu nawet nie próbujemy się domyślić, gapiąc się jak na poplątane arabskie ornamenty, nie wiadomo, gdzie się zaczynające i kończące.

Polityka 31.1998 (2152) z dnia 01.08.1998; Kultura; s. 42