Archiwum Polityki

Do wybaczenia

Kiedy obsceniczne detale z raportu prokuratora Kennetha Starra trafiły do komputerów w milionach amerykańskich domów, prasa pospieszyła z radami od ekspertów: "Jeśli dziecko zapyta, co to seks oralny, odpowiedz, ale bardzo krótko". Dla dorosłych prokuratorski dokument był wstrząsem, ale nie aż takim. Wiele pikantnych szczegółów Monicagate znano wcześniej z drugiej ręki. Nie był też całkowitą nowością spektakl intymnej wiwisekcji wysoko postawionej osobistości. Ale sposób, w jaki ludzie przełykają tę potrawę, wiele mówi o dzisiejszej Ameryce.

Kilka lat temu telewizja transmitowała na żywo jak nominat na sędziego Sądu Najwyższego, Clarence Thomas, przepytywany był przez komisję Kongresu, czy rzeczywiście opowiadał swej asystentce o rekordowo długim penisie pewnego aktora-pornografa i o włosach łonowych na puszce po coca-coli. W epoce pokazywania wszystkiego, kultury talk-shows i peep-shows, powszechnego ekshibicjonizmu i zbiorowego voyeryzmu, Jankesi są coraz skuteczniej impregnowani na wszelkie drastyczności.

W USA potężną siłę ma argument, że "ludzie mają prawo wiedzieć". Publikacja raportu - zwłaszcza jeśli seksualne detale miały udowodnić zarzut fałszywych zeznań - zgodna była z logiką demokracji. W każdym razie demokracji w Ameryce, gdzie purytańska tradycja nakazuje zaglądać politykom do sypialni, bo seks traktuje się jako miernik moralności w ogóle. I gdzie "kłamstwo jest po prostu kłamstwem", niezależnie od tego, czy chodzi o ukrycie małżeńskiej zdrady, czy o zdradę kraju. W epoce AIDS na podatny grunt trafiają poza tym apele religijnych konserwatystów o wstrzemięźliwość, wierność małżeńską i umacnianie "wartości rodzinnych". Głosił je zresztą w przemówieniach sam Clinton.

Prokurator Starr bynajmniej nie cieszy się miłością Amerykanów. "Powinien się wstydzić, że używa dolarów z naszych podatków na wygrzebywanie tych świństw" - pisze czytelniczka z Nowego Orleanu do "The Washington Post". Obrywają media, oskarżane o niskie pobudki. W niczym nie osłabia to jednak gniewu przeciw Clintonowi. "Tu nie chodzi o seks, tylko o sprawy, które kwestionują jego możliwość rządzenia: o odpowiedzialność, osąd sytuacji, uczciwość, wiarygodność" - mówi Patrick Miller z Florydy. "Prezydent musi zrozumieć, że naród nie jest jego żoną. my nie musimy mu przebaczać, ani go dalej znosić. Nie jesteśmy wycieraczką" (Chris McHenka).

Polityka 39.1998 (2160) z dnia 26.09.1998; Świat; s. 18
Reklama