Archiwum Polityki

Bum na bezdrożu

43-letni Mieczysław Kossakowski należy do tej młodej generacji imigrantów, która w latach 1980-1990 zamieniła niezbyt dostatnie życie w Polsce na marzenia o dobrobycie w stylu amerykańskim. Dzisiaj w brudnych dżinsach, kurtce nieokreślonego koloru i czapce, która była kiedyś czerwona, włóczy się ulicami Botany Village w nadziei, że może coś się zdarzy. Tutaj liczni polscy imigranci, którzy osiągnęli sukces, mają własne agencje podróży, sklepy spożywcze, sklepy z upominkami. - Ja też kiedyś miałem marzenia - mówi Kossakowski, który stał się bumem, jak tu się nazywa bezdomnych.

Piętnaście lat temu Kossakowski mieszkał koło Zambrowa. Miał żonę i syna. Żył skromnie, bez większych perspektyw - ale był u siebie i wśród swoich. Co tak naprawdę znaczy, zrozumiał dużo później, już w Ameryce. Dzisiaj Kossakowski nie ma nikogo, komu mógłby zaufać, na kim mógłby się oprzeć. Nie ma też nic, o czym mógłby powiedzieć: to jest moje. Po południu nie wie jeszcze, gdzie będzie spał w nocy. Pewnie znowu, jak codziennie od kilku lat, poszuka przyjaznych schodów lub starego samochodu. Podobnie jak inni nie głaskani przez los Polacy, dryfujący z prądem życia gdzieś pomiędzy Clifton a Passaic w stanie New Jersey. Zaledwie dziesięć mil na północ jest Manhattan, pępek świata. Ale do Manhattanu wcale nie jest stąd bliżej niż do Polski.

Włóczęga bez adresu

Polscy imigranci, którzy osiedlili się w dolnej części powiatów Bergen i Passaic, ciężko pracowali na swoją pozycję i na to, aby żyć godziwie. Kossakowski i niewielka grupka jemu podobnych rzucają cień na ich reputację. W Clifton, a zwłaszcza w Botany Village, gdzie znakomita większość mieszkańców zalicza się do klasy średniej, bezdomni Polacy przyjmowani są ze zdziwieniem i dezaprobatą. Włóczą się ulicami, wystają przed polskimi sklepami, aby wyprosić jakąś bułkę lub herbatę, albo przed Eagle Liquors, żeby wyżebrać parę dolarów i kupić najpodlejszą wódkę. A potem idą nad Passaic River, wypijają, co mają wypić i w krzakach, zagrzebani w szmaty i gałęzie, przesypiają noc. Ranek jest bolesny, bo wygania ich chłodem ciągnącym od rzeki i przypomina, że znów muszą pracowicie przemierzać ulice obu miast.

Ludzie ci zazwyczaj nie mają papierów, przebywają w Stanach nielegalnie, na dodatek nie mówią po angielsku, więc nie są nawet w stanie poszukać profesjonalnej pomocy. Oficjalnie nikt nie wie o ich istnieniu, więc nie figurują na listach lokalnych schronisk czy też agencji niosących pomoc socjalną.

Polityka 43.1999 (2216) z dnia 23.10.1999; Na własne oczy; s. 101
Reklama