Archiwum Polityki

Hymn o Józefie

Józef Oleksy wrócił z podróży dookoła świata i zaświata. Ale czy dobrze trafił? I czy już rzeczywiście powrócił? A może Oleksy wciąż wraca?

Żal mi Józefa Oleksego. Przecież tak pięknie zrywał się do lotu, a tak źle wylądował. Wicepremier od MSWiA to nie jest ta posada, na której możemy z niego mieć największy pożytek. I nie jest to pozycja na miarę jego potencjału oraz aspiracji.

Nie wiemy dokładnie, dlaczego albo po co Józef Oleksy przyjął teraz od Leszka Millera tę rządową posadę. O ile kalkulacja Millera jest dosyć oczywista – „zneutralizować rywala” – o tyle racje Oleksego pozostają niejasne. Bo MSWiA to nie jest dziś resort, w którym trzeba lub można zrobić coś naprawdę ważnego, porywającego, coś, dla czego warto by było zmieniać prowadzącą znów strzeliście ku niebu trajektorię politycznej kariery.

Od przynajmniej pół roku Józef Oleksy był przecież na szybko wznoszącej go fali. Po wyborach 2001 r. dobrze zniósł to, że jako jedyny poważny eseldowski polityk nie dostał żadnej liczącej się rządowej czy choćby parlamentarnej posady. Wydawało się, że Leszek Miller go zneutralizował. Ale Oleksy umiał po mistrzowsku zrobić z tej sytuacji użytek. Z lidera partyjnego stał się „liderem medialnym”. Został etatowym wewnętrznym recenzentem eseldowskiego rządu. Był recenzentem krytycznym, ale w granicach rozsądku. Zgodnie z nie raz sprawdzoną w polityce maksymą, którą kiedyś sformułował Antoni Słonimski: „Wychylam się, wychylam, ale nie wyskoczę”. Oleksy okazał się mistrzem wychylania się bez wyskakiwania.

Kiedy po Rywinie i Starachowicach Miller wyraźnie osłabł i zaczął morderczo dołować w sondażach, Oleksy mógł się mocniej wychylić – na tyle, by złapać wiatr w żagle. Już nie tylko w mediach. Także we własnej partii. Doskonale wypadł w wyborach na wiceprzewodniczącego.

Polityka 5.2004 (2437) z dnia 31.01.2004; Temat tygodnia; s. 18
Reklama