Archiwum Polityki

Wirtuozi nizin

Jako chyba jedyni w Wiśle wywiesiliśmy z matką tryumfalny sztandar: „Polska 2006”, teraz (piszę ten felieton nazajutrz po pierwszym meczu biało – niech ich jasna krew zaleje – czerwonych) oboje cichcem kombinujemy, jak bez ujmy na honorze zwinąć ten proporzec klęski i przestać się błaźnić przed miejscowymi, powściągliwymi, nie tylko pod względem piłkarskim, lutrami.

Grubo przed turniejem zdarzyło mi się publicznie powiedzieć: „Niech tak nie daj Boże do przerwy będzie 1:0 dla Ekwadoru, to pa, pa”. Nie dla pychy własnego profetyzmu cytuję samego siebie, ale by dobitnie oznajmić, iż w taki właśnie sposób wspierających mój proroczy dar reprezentantów kraju mam w głębokiej – powiedzmy – wzgardzie. Tak jest, do przerwy było 1:0 dla Ekwadoru, po przerwie – jak powszechnie wiadomo – drugie tyle. Ekwadorscy czarni Indianie, o których opowiadano, że grać potrafią tylko u siebie na wielotysięcznych wysokościach, zeszli z gór i sprawili schludny łomot naszym wirtuozom nizin.

Jak się skończy – było widać od początku. Kiedy była gwiazda bundesligi, człowiek, który dwa lata temu strzelił bramkę Realowi Madryt i do dziś nie może wyjść z tego szoku, zawodnik o sile bawołu i takimż umyśle Jacek Krzynówek plasowanym strzałem z rzutu wolnego przeniósł piłkę jakieś dwadzieścia metrów nad bramką – wszystko było jasne. Było też jasne, co w zupełnych sekretach, w pełnej konspiracji, na szczelnie zasłoniętym kotarami boisku trenowali gracze Janasa. Niewątpliwie trenowali oni stałe fragmenty gry. Także rzuty rożne, których parę – tak jest – krwawo wywalczyli, ale z których – poza faktem, że jak idzie o centrowanie, reprezentacja jest na poziomie lat 60.

Polityka 24.2006 (2558) z dnia 17.06.2006; Pilch; s. 107
Reklama