Archiwum Polityki

Lizbońska melancholia

Dla Europejczyków Portugalia jest miejscem magicznym. Pięćdziesiąt kilometrów od Lizbony, na skałach Cabo de Rocca kończy się nasz świat. Stąd już nie ma dokąd uciekać. Jednak to wybrzeże jest tak łagodne i słoneczne, że Antonio Tabucchi nie miał serca akurat tu skończyć swej powieści kryminalnej. Również Cyril Collard, scenarzysta, autor i główny aktor „Dzikich nocy”, rezygnuje na portugalskiej krawędzi Europy z samobójstwa. Chory na AIDS wraca do Paryża – do tej umieralni kultury europejskiej zarażonej wirusem postmodernizmu. W portugalskiej melancholii jest mimo wszystko dużo radości życia.

Sami Portugalczycy nie znoszą jednak, gdy cudzoziemcy przedstawiają „duszę” ich kraju w romantycznych kolorach dźwięków fado i fatalizmu saudade. Film Wima Wendersa „Lisboa Story” został przez krytykę portugalską zmieszany z błotem jako powielanie cepeliady, przyprawianie Portugalii gęby leniwych, ubogich krewnych gdzieś na kresach, zapatrzonych w swoją historię, zdominowaną w XX wieku przez trudną do pojęcia postać Antonia Salazara, który rządził Portugalią o wiele dłużej niż jakikolwiek inny autorytarny przywódca w dwudziestowiecznej Europie.

Polityka 9.2001 (2287) z dnia 03.03.2001; Historia; s. 78