Archiwum Polityki

Endyzm, nauka o końcach

Przyszłość właśnie się zaczęła. Ale więcej w związku z nią mowy o końcach czegoś, co było, niż o początkach tego, co będzie: koniec historii i ideologii; koniec słowa drukowanego i pracy, koniec chłopstwa i klasy robotniczej, koniec państwa narodowego i narodowych literatur; koniec fotografii, malarstwa i teatru; koniec uczuć i psychoanalizy; koniec utopii (poza zjednoczeniem Europy), humanizmu, rodziny, szkoły; i wreszcie – skoro da się przeszczepiać „moduły świadomości” człowieka do nowego cielesnego pokrowca jakiegoś sklonowanego sobowtóra – koniec śmierci. Oto tylko garść „końców” wypisanych z licznych szkiców i książek.

Nie jest to nic nowego w dziejach, co jakiś czas „endyzm” święci tryumfy. 700 lat przed Chrystusem Hezjod uważał, że już dawno przeminęły wieki złoty, srebrny, brązowy, a ludzkość znalazła się w wieku żelaza, w którym przemoc stanęła ponad prawem. Również Herodot i Tukidydes nie byli optymistami, a Horacy mówił wręcz o przekleństwie ciążącym nad Rzymem i radził Rzymianom przenieść się (tak jak dziś to czyni załoga „Enterprise” w amerykańskim serialu kosmicznym) na Wyspy Szczęśliwości za słupami Heraklesa (Gibraltar i Tanger), a więc niemal poza ówczesnym układem słonecznym.

Polityka 1.2000 (2226) z dnia 01.01.2000; Raport; s. 32