Archiwum Polityki

Endyzm, nauka o końcach

Przyszłość właśnie się zaczęła. Ale więcej w związku z nią mowy o końcach czegoś, co było, niż o początkach tego, co będzie: koniec historii i ideologii; koniec słowa drukowanego i pracy, koniec chłopstwa i klasy robotniczej, koniec państwa narodowego i narodowych literatur; koniec fotografii, malarstwa i teatru; koniec uczuć i psychoanalizy; koniec utopii (poza zjednoczeniem Europy), humanizmu, rodziny, szkoły; i wreszcie – skoro da się przeszczepiać „moduły świadomości” człowieka do nowego cielesnego pokrowca jakiegoś sklonowanego sobowtóra – koniec śmierci. Oto tylko garść „końców” wypisanych z licznych szkiców i książek.

Nie jest to nic nowego w dziejach, co jakiś czas „endyzm” święci tryumfy. 700 lat przed Chrystusem Hezjod uważał, że już dawno przeminęły wieki złoty, srebrny, brązowy, a ludzkość znalazła się w wieku żelaza, w którym przemoc stanęła ponad prawem. Również Herodot i Tukidydes nie byli optymistami, a Horacy mówił wręcz o przekleństwie ciążącym nad Rzymem i radził Rzymianom przenieść się (tak jak dziś to czyni załoga „Enterprise” w amerykańskim serialu kosmicznym) na Wyspy Szczęśliwości za słupami Heraklesa (Gibraltar i Tanger), a więc niemal poza ówczesnym układem słonecznym.

Wizji upadku i apokalipsy zawsze też towarzyszyła wizja przyszłego zbawienia i raju na ziemi. Na 40 lat przed narodzinami Chrystusa Wergiliusz zapowiadał nadejście „najlepszych czasów”, których gwarantem miał być August. Jego rządy miały zapewnić polityczną nirwanę w basenie Morza Śródziemnego: koniec historii, trwaj chwilo, chwilo jesteś piękna. Pax Romana nie trwała jednak długo, ponieważ nie potrafiła rozwiązać problemu chrześcijaństwa pojawiającego się w rzymskim świecie, a poza nim – barbarzyńców. Żydzi, a za nimi chrześcijanie, wierzyli również w nadejście wybawcy, ale nie cesarz miał nim być, lecz mesjasz. Pierwsi chrześcijanie byli przekonani, że koniec świata i Sąd Ostateczny są tuż tuż i że zbawieni będą tylko ci, którzy pójdą za Chrystusem. Ale okres wyczekiwania się wydłużał. Już w Apokalipsie mowa jest o tysiącletnim okresie dobrobytu, który poprzedzi Sądny Dzień.

Nie było nim pierwsze tysiąclecie chrześcijaństwa, „wieki mroczne”, czas rozpadu Rzymu, wyniszczającego chaosu w czasie wędrówek ludów i utraty dużej części Europy na rzecz islamu. Dopiero u progu drugiego chrześcijańskiego tysiąclecia chrześcijańska Europa zaczęła się jednoczyć oraz ogniem i mieczem rozszerzać swe granice na zachód, północ i południe.

Polityka 1.2000 (2226) z dnia 01.01.2000; Raport; s. 32
Reklama