Archiwum Polityki

Od A do posiwieć

Torunianie podejrzliwie spoglądają na niepozorną kamieniczkę przy ul. Piekary. W oknie na parterze tysiące szufladek. Te w zasięgu wzroku opatrzono hasłami: „Trwożyć się”, „Służba”, „Rozmowa”. A przy kolejnym oknie: „Zamknąć”, „Zakon”. – Jeśli nie tajne służby, to co? – szepcą przechodnie. A to redakcja powstającego od 50 lat „Słownika polszczyzny XVI wieku”.

Właśnie skończyła się wojna. Młoda polska Żydówka o zjawiskowej urodzie opuszcza bezpieczną kryjówkę na Bracławszczyźnie. Nie wie jeszcze, że jej rodzice wprost z getta w Białymstoku trafili do Treblinki. Nie może wiedzieć, że jej samej przypadnie w udziale tytuł jednego z największych polskich językoznawców. Rychło Marii Renacie Mayenowej udaje się skupić wokół siebie grupę ambitnych adeptów nauki. Tylko młodzi mogli doczekać realizacji jej szaleńczego pomysłu. Bo w „Słowniku polszczyzny XVI wieku” było coś z szaleństwa.

Polityka 14.2000 (2239) z dnia 01.04.2000; Nauka; s. 76