Archiwum Polityki

Płonąca kaskada

Go, Aussie, go – ten okrzyk towarzyszy nam od wylądowania na lotnisku w Sydney. Jest na plakatach reklamowych, na transparentach kibiców czy wreszcie na ogromnym dźwigu usytuowanym w Parku Olimpijskim. Australio do boju, a może bardziej Australio do przodu, bo przecież nie chodzi tu wyłącznie o zagrzewanie do walki australijskich sportowców. Oni zresztą radzą sobie doskonale i po pierwszych dniach igrzysk zajmują drugie miejsce w klasyfikacji medalowej, tuż za reprezentacją USA. Po tygodniu spędzonym w Sydney nie mamy żadnej wątpliwości, że 18-milionowy naród mieszkający na terytorium wielkością zbliżonym do Stanów Zjednoczonych chce pokazać się światu z nowej, nieznanej dotychczas strony. Czy może być lepsza ku temu okazja niż igrzyska?

Przez 20 dni Australia skupia na sobie uwagę świata. Miliardy ludzi oglądają i słuchają codziennie relacji z aren sportowych, ale są tu również goście, których na co dzień niełatwo przecież ściągnąć do kraju leżącego na końcu świata. Przez trzy ostatnie dni poprzedzające igrzyska na lotnisku w Sydney lądowało dziennie blisko 1000 samolotów. Samych dziennikarzy akredytowało się ponad 16 tys. Nie ma w naszych czasach większych imprez. Stwarza to ogromną szansę na wykreowanie wizerunku nowoczesnego społeczeństwa otwartego na świat, zakochanego w sporcie, dumnego ze swojej tożsamości i dokonań.

Polityka 39.2000 (2264) z dnia 23.09.2000; Wydarzenia; s. 17