Archiwum Polityki

Wynagrodzenie z tytułu

Jedyni prawdziwie poszukiwani dziś emeryci to profesorowie. Bez odpowiedniej liczby utytułowanych osób – niezależnie od ich stanu zdrowia i umysłu – nie można bowiem prowadzić wyższej uczelni.

Na koniec roku akademickiego profesorowie podpisywali akty lojalności: nie będę miał innego pracodawcy, ważniejszego od ciebie, rektorze. Deklaracje przywiązania do własnej uczelni mają zapobiec częstej praktyce byle jakiego wykładania w zbyt wielu uczelniach.

Wcześniej senat Uniwersytetu Jagiellońskiego zobowiązał swoich profesorów do jeszcze większej wstrzemięźliwości: na dodatkowych etatach będzie im wolno pracować tylko w uczelniach poza Krakowem, we własnym mieście – nie.

Ilu mamy w Polsce profesorów? To zależy, jak liczymy. „Belwederskich” razem z „podwórkowymi” czy osobno? Liczymy żywych ludzi czy firmowane miejsca pracy? Aktywnych zawodowo czy wraz z martwymi duszami? Zależnie od metody liczenia różnice wynoszą od setek do tysięcy osób. A środowisko akademickie bardzo nie lubi, gdy mu się zagląda w kadry.

Tymczasem od dwóch lat robi to Państwowa Komisja Akredytacyjna, która wizytuje i ocenia wyższe uczelnie. Prześwietlając ich kadrę, Komisja tworzy bazę danych o tym, kto, gdzie i na jakich zasadach pracuje i ile szkół firmuje swoim nazwiskiem. W kręgu najbardziej rynkowych specjalności, zwłaszcza w naukach ekonomicznych, panuje duże poruszenie. Która z tych szkół jest dla pana profesora pierwszym miejscem pracy – X, Y czy Z? – pyta Komisja po odkryciu, że delikwent firmuje wszystkie. Konieczność dokonania wyboru niesie za sobą bolesne konsekwencje i dla profesora, i dla dwóch z trzech wymienionych szkół. Zdarza się, że delikwent odpowiada zaskoczony: „ – Szkoła Y? Naprawdę nie miałem pojęcia, że umieścili mnie w swoim minimum kadrowym!”.

Wścibstwo PKA budzi wielkie zaniepokojenie

w środowisku uczelni niepaństwowych.

Polityka 29.2003 (2410) z dnia 19.07.2003; Kraj; s. 24
Reklama