Archiwum Polityki

Tańce na parkiecie

Polacy wreszcie zapominają o zimnym prysznicu, jaki wzięli na giełdzie dziesięć lat temu. Kiedy to po raz pierwszy załamały się kursy akcji. Kończąca się w tych dniach prywatyzacja banku PKO BP przyciągnęła tłumy. Znakomicie sprzedały się też akcje Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych (WSiP). Wcześniej na giełdę weszło w tym roku ponad dwadzieścia mniejszych prywatnych spółek i niemal wszystkie w dniu debiutu przyniosły inwestorom zyski.

Na początku listopada Warszawski Indeks Giełdowy (WIG) pobił rekord wszech czasów, kapitalizacja naszej giełdy (łączna wartość notowanych firm) zbliża się już do wiedeńskiej, a spółki, które jeszcze niedawno uciekały zniechęcone z parkietu, teraz pchają się tu drzwiami i oknami. Skąd te korzystne zmiany? I czy dobra koniunktura potrwa dłużej?

Na pierwsze pytanie odpowiedź jest prostsza. Malejąca do niedawna inflacja znacznie ograniczyła zyski z lokat bankowych, inwestycji w obligacje i bezpieczne fundusze. To po pewnym czasie musiało skłonić osoby gotowe na większe ryzyko do zwrócenia uwagi na giełdę jako alternatywne miejsce lokowania pieniędzy. Pojawił się więc dodatkowy popyt na akcje. Z drugiej strony, znalazła się też podaż w postaci wielkich, niewidzianych tu od lat, ofert prywatyzacyjnych (ostatnią był w 1999 r. Orlen). A te nigdy inwestorów nie zawiodły. Na to wszystko nałożyły się: przyzwoity wzrost gospodarczy, który z reguły zwiastuje na giełdach lepsze czasy; korzyści płynące z członkostwa w Unii Europejskiej (zagraniczne fundusze śmielej teraz w Polsce inwestują) i rosnące przekonanie zarządów spółek, że parkiet, mimo wszystkich jego wad, to jednak najlepszy i najtańszy sposób zdobywania pieniędzy na rozwój.

Polityka 46.2004 (2478) z dnia 13.11.2004; Komentarze; s. 20
Reklama