Archiwum Polityki

Nerwy z nerką

Sejm chciał dobrze. Aby powstrzymać dziką prywatyzację służby zdrowia, zakazał prywatnej konkurencji w szpitalach. Czy aby nie wylał dziecka z kąpielą?

Niemal każdy stanął kiedyś przed wyborem – czy czekać miesiącami na specjalistyczne badanie „za darmo”, czyli w ramach ubezpieczenia, czy też zapłacić i mieć diagnozę szybko. Bulwersujące było to, że badanie – po godzinach albo i nie – robił ten sam lekarz, na tym samym państwowym sprzęcie, tylko wynagrodzenie zostało sprywatyzowane. Chęć walki z tą patologią natchnęła posłów do zmiany ustawy o publicznych zakładach opieki zdrowotnej. Nowelizacja ma oczyścić styk publicznego z prywatnym, zakazując prowadzenia konkurencyjnej działalności prywatnej na terenie publicznej placówki. Ale niektórym chorym może stworzyć wielkie problemy. Nie tam, gdzie na dziko sprywatyzowano państwowy sprzęt, ale tam, gdzie leczy się pacjentów tylko dzięki temu, że szpital może korzystać z nowoczesnego sprzętu, zakupionego przez prywatną spółkę.

Co czwarty pacjent z niewydolnością nerek jest w ramach ubezpieczenia podłączany trzy razy w tygodniu do prywatnej sztucznej nerki w niepublicznej stacji dializ. Coraz więcej publicznych szpitali korzysta z usług diagnostycznych i laboratoriów prywatnych spółek, ponieważ ich własny sprzęt jest stary i niesprawny, a na nowy nie mają pieniędzy. Okazuje się też, że prywatne laboratoria robią badania szybciej i taniej.

Na styku publicznego z prywatnym nie zawsze mamy tylko patologię. Prywatni coraz częściej udowadniają, że mogą wyżyć za te same pieniądze, które Narodowy Fundusz Zdrowia płaci publicznym placówkom. I wcale nie dokładają do interesu, chociaż bardzo drogiego sprzętu nie dostali od państwa w prezencie, lecz kupili za własne pieniądze.

Rezonans w kotłowni

Pacjenci kardiologii publicznego szpitala w Zielonej Górze nie mogliby mieć ani koronarografii, ani tzw.

Polityka 46.2004 (2478) z dnia 13.11.2004; Gospodarka; s. 48
Reklama