Archiwum Polityki

Człowiek człowiekowi zombim

Pora spojrzeć prawdzie w oczy – otaczają nas zombi. Przynajmniej w  kinie. Ostatnio w wersji komediowej. Ale problem jest poważny.

Słówko „zombi” pochodzi podobno z przeróbki afrykańskiego „zumbi” i na Zachodzie spopularyzowała je książka Williama Seabrooka „The Magic Island” z 1929 r., opisująca haitańskie rytuały voodoo. Ale dobrą dekadę wcześniej to, co dzisiaj nazwalibyśmy zombi, pojawiło się w filmie „Metropolis” (1927 r.) Fritza Langa, w którym hordy bezwolnych robotników beznamiętnie napędzają maszyny wielkiej metropolii. Lang był pierwszym filmowcem, który w zbiorowej pracy dopatrzył się zniewolenia ciała i umysłu. Dla odmiany pierwszym, który zombi nazwał po imieniu, był reżyser Victor Halperin. W amerykańskim filmie z Belą Lugosim „Białe zombi” (1932 r.) powielił metaforę Langa, z tą różnicą, że w roli wołów roboczych występują u niego już prawdziwe żywe trupy, eksploatowane w lokalnym młynie przez złowrogiego mistrza („Pracują wiernie i nie narzekają na czas pracy” – zachwala mistrz i brzmi to dzisiaj jak marzenie korporacyjnego menedżera).

Aż do lat 60. zombi kojarzono właśnie z voodoo,

nie dopatrując się metafory nowych czasów. Zmieniło się to nagle pod koniec lat 60., kiedy George Romero nakręcił „Noc żywych trupów”. W czarno-białym niskobudżetowym filmie odrzucił haitańskie korzenie i wymyślił coś nowego: kanibalistyczne trupy wstające z grobów w wyniku tajemniczego promieniowania. Romero złamał w tym filmie wszelkie schematy horrorów – od typu bohaterów (główną rolę zagrał czarnoskóry aktor), przez zachowanie postaci, po mroczne zakończenie (główny bohater, pokonując zombi, ginie bezsensownie z ręki człowieka). Przede wszystkim jednak pokazał świat, do którego wdarło się nieznane.

Polityka 46.2004 (2478) z dnia 13.11.2004; Kultura; s. 72
Reklama