W grudniu 1999 r. cały świat trzymał kciuki za powodzenie pierwszej sondy, która miała wylądować w pobliżu bieguna marsjańskiego – tam gdzie są lodowe czapy polarne. Niestety, po wejściu w atmosferę próbnik „Mars Polar Lander” zniknął z monitorów NASA i ślad po nim zaginął. Po latach jego wrak może się jednak przydać naukowcom.
– Za każdym razem staramy się przyjrzeć Marsowi coraz dokładniej. I zawsze odkrywamy coś nowego – mówi dr Richard Zurek, autor programu naukowego najnowszej marsjańskiej misji „Mars Reconnaissance”. Będzie to kolejny sztuczny satelita Marsa nowej generacji. Wokół planety krążą obecnie aż trzy sondy („Global Surveyor”, „Odyssey” i europejski „Mars Express”), więc po co kolejna? Odpowiedź wydaje się oczywista: Amerykanie stawiają kolejny krok na drodze człowieka na Marsa. Od 1997 r. przeżywa on istny nalot! „Mars Reconnaissance” ma być siódmym z amerykańskich statków, które – z różnym skutkiem – wysyłano do sąsiada Ziemi, a to dopiero początek.
Używając języka reklamy, Mars zawsze jest trendy. O wyprawie załogowej na Marsa myśli Europejska Agencja Kosmiczna (ESA), która opracowała program Aurora. Wybierają się tam także Rosjanie – projekt Phobos (lądowanie na większym z księżyców Czerwonej Planety) ma zdjąć klątwę z ich misji, które seryjnie zawodziły. W rywalizacji wygrywa na razie NASA. Amerykańska agencja kosmiczna konsekwentnie realizuje program pod hasłem: „Follow the water” (Podążać śladami wody). Woda na Marsie jest kluczem do powodzenia załogowej misji – nie ma bowiem rakiety, która uniosłaby zapas potrzebny na trwającą minimum dwa lata wyprawę.