Archiwum Polityki

Konstytucja na ramadan

Referendum konstytucyjne i proces Saddama Husajna mają być dowodem, że sprawy Iraku nie stoją tak źle, jak to wygląda w dziennikach telewizyjnych.

Przed, w trakcie i po referendum jak magiczne zaklęcie powtarzano zwrot „proces polityczny”. Głosowanie ludowe nad projektem konstytucji optymiści uznali za historyczny krok w tym procesie, sceptycy – za wydarzenie ważne, ale nie przełomowe, a pesymiści i tak machnęli ręką: demokracji w Iraku nie ma i nie będzie; z konstytucją czy bez Irak zmierza do rozpadu. Tak naprawdę bowiem – dodają pesymiści – Irak jest tworem sztucznym, resztówką wykrojoną po I wojnie światowej z Imperium Osmańskiego i oddaną w dzierżawę Brytyjczykom, a ci zostawili w Iraku bombę z opóźnionym zapłonem, która kiedyś musiała eksplodować. Tak jak w Indiach, gdzie wraz z niepodległością zaczął się konflikt prowadzący do podziału na Indie i Pakistan.

Głosy pesymistów słychać donośniej na Zachodzie niż w samym Iraku. Powiedzcie Irakijczykom, że są sztucznym narodem i państwem, a uznają was za podżegaczy do nieszczęścia, może i gorszych niż terroryści. Teraz na dowód, że naród iracki chce iść naprzód, optymiści mogą się powołać na referendum przeprowadzone 15 października i na wyznaczone zaledwie o cztery dni później rozpoczęcie procesu Saddama Husajna. To właśnie są dwa milowe kroki na irackiej drodze ku lepszej przyszłości, ów upragniony postęp w demokratycznym procesie politycznym.

I faktycznie mają się czym pochwalić. Przy frekwencji doskonałej jak na kraj nękany antyrządową rebelią – u nas, w sercu spokojnej i stabilnej Europy taka frekwencja, ponad 60 proc., byłaby sukcesem – większość głosujących odpowiedziała „tak” konstytucji; nie doszło do żadnych większych incydentów – co może oznaczać, że aparat państwowy działa lepiej – a zagraniczni obserwatorzy nie zgłosili poważnych zastrzeżeń proceduralnych czy merytorycznych.

Polityka 43.2005 (2527) z dnia 29.10.2005; Świat; s. 58
Reklama