Archiwum Polityki

Ameryka odkrywa Chiny

W Muzeum Narodowym w Limie spotkają się na szczycie przywódcy 59 państw Ameryki Łacińskiej i Unii Europejskiej (wśród nich premier Tusk, kanclerz Merkel i prezydent Sarkozy). Może być gorąco.

Na kontynencie, którego plagą były zamachy stanu bądź rządy samozwańczych caudillo, zapanował dziś względny spokój i przynajmniej formalna demokracja. Notowania gospodarcze też są niezłe. Po drastycznych reformach lat 90., określanych jako stracona dekada, dochód narodowy w Ameryce Łacińskiej systematycznie rośnie (w 2007 r. o 5,1 proc.). Nie tak prędko jak w Chinach czy Indiach, ale nie ma już mowy o stagnacji.

Nędza, oczywiście, jest potworna i wszechobecna – wystarczy pomyśleć o Haiti albo w Limie wyjść na ulicę – ale coraz więcej ludzi wydostaje się z jej uścisku i zmierza w kierunku klasy średniej. Pomaga w tym koniunktura – utrzymujące się od lat wysokie ceny surowców, zwłaszcza ropy naftowej (Wenezuela, Meksyk) i miedzi (Chile). Do tego dochodzą wielomilionowe przelewy od rodaków, którzy wyemigrowali do USA i UE. Rocznie sięgają one 5 mld dol. W biednym Hondurasie przekazy od emigrantów są równe jednej czwartej dochodu narodowego. Przekazy od diaspory latynoskiej są już wyższe niż inwestycje korporacji ponadnarodowych w Ameryce Łacińskiej. Nie świadczy to o rozwoju regionu, ale przynosi ulgę głodnym, a pośrednio przyczynia się do wzrostu kwalifikacji emigrantów. Inflacja przestała być plagą, dług zagraniczny, który był kulą u nogi kontynentu, jest dziś najniższy od lat, dyscyplina finansowa jest większa niż w USA.

Szczególnie ważne są wyniki gospodarki brazylijskiej – największej na kontynencie. Od 2004 r. pod rządami socjalisty Lula da Silvy dochód narodowy wzrasta przeciętnie o 4,5 proc., inflacja wynosi 4 proc., odsetek ludzi żyjących w nędzy spadł z ponad 50 proc. w latach 90. do 38 proc. obecnie.

Polityka 19.2008 (2653) z dnia 10.05.2008; Świat; s. 50
Reklama