Archiwum Polityki

Miejski rym

Wydarzeniem ostatniego festiwalu opolskiego był koncert hiphopowy przy placu Wolności. Kilka tysięcy młodych ludzi z różnych stron Polski zjechało, żeby posłuchać swojej muzyki, dotąd ignorowanej przez największe media. Tymczasem płyty wykonawców hiphopowych sprzedają się lepiej niż produkcje wielu naszych popartystów lansowanych nieustannie w radiu i telewizji. Hip-hopu można nie lubić, trudno jednak odmówić mu racji bytu tylko dlatego, że posługuje się wulgaryzmami, slangiem i przesadnie brutalnym opisem rzeczywistości.

Postronnym rzecz wydaje się ciężka do strawienia: monotonny najczęściej rytm, skrajnie uboga melodyka i prosty język ulicy w tekstach, które łatwo oskarżyć o apologię chuligaństwa. Fani i koneserzy widzą w hip-hopie o wiele więcej. Ma być zatem nie tylko stylem muzyki, lecz jednocześnie stylem życia, manifestacją postaw, głosem pokolenia. Ma być (jest?) odrębnym, specyficznym sektorem kultury, innym niż główne jej nurty, bo naznaczonym niechęcią do jakkolwiek pojmowanej rutyny, społecznych przymusów i obligacji dobrego wychowania.

Polityka 26.2001 (2304) z dnia 30.06.2001; Kultura; s. 54