Archiwum Polityki

Kup i wygraj czyli w sidłach promocji

Kiedy pewna firma samochodowa ogłosiła, że do każdego sprzedanego auta dodaje dwa rowery gratis, sprzedaż wzrosła lawinowo. A kolejka chętnych dokładniej oglądała rowery niż sam samochód. Po dziesięciu latach doświadczeń z wolnym rynkiem hasło: promocja! w najmniejszym stopniu nie straciło dziewiczego uroku i magii przyciągania. 93 proc. Polaków – ankietowanych przez Instytut Badania Opinii i Rynku Pentor – lubi (a przynajmniej toleruje) promocje i korzysta z promocyjnych ofert. To nic, że wszystkie te kampanie, którymi jesteśmy bombardowani, kalkulowane są na chłodno, że stoją za nimi fachowcy od marketingu i reklamy. A niezliczone okazje, konkursy, loterie, degustacje, akcje wytnij i wygraj oraz pokrewne wykorzystują nasze słabostki: próżność, jarmarczną ciekawość, chciwość, snobizm, żyłkę do hazardu. Pojawił się nowy masowy gatunek klienta – łowca promocji. Nieświadom, że to on jest dla handlowców łowną zwierzyną.

Stefan Kisielewski pisał poirytowany, że promocja to przejście ucznia do następnej klasy. Jak bardzo się mylił. Dziś wszystko się promuje – książki, samochody, proszki do prania. Dla klienta hasło „promocja” oznacza okazję do zrobienia dobrego interesu. Najczęściej kupienia towaru po niższej, okazyjnej cenie. Może to być również oferta trzech opakowań w cenie dwóch, otrzymania próbki, prezentu reklamowego, degustacji.

Szczególnie lubimy okresowo obniżone „ceny promocyjne”, tymczasem producenci za nimi nie przepadają.

Polityka 25.2000 (2250) z dnia 17.06.2000; Raport; s. 3