Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Archiwum Polityki

Oscar ze slumsów

Tryumfatorem tegorocznej gali został „Slumdog. Milioner z ulicy” (8 Oscarów), film w bardzo amerykańskim stylu, opowiadający o karierze ambitnego chłopca z nizin. Tylko że wyprodukowała go

Amerykę gnębi kryzys, można było się zatem spodziewać, że feta będzie skromniejsza, co potwierdziło się tylko częściowo. Preludium na czerwonym dywanie przed Kodak Theatre wyglądało tak samo uroczyście i kiczowato jak zwykle. Gwiazdy prezentowały wyszukane kreacje, prezenterzy wymieniali nazwiska najbardziej zapracowanych projektantów mody. Ci wciąż jeszcze nie muszą się martwić o dochody. W czasie gali słowo kryzys pojawiło się raz w wypowiedzi, której sens był taki, że w Hollywood nie trzeba pieniędzy, wystarczą marzenia. Ciekawe, jak mądrość tę przyjęli reżyserzy, którzy w ostatnich miesiącach próżno szukają środków na realizację swych projektów.

Było to również pierwsze rozdanie Oscarów po wyborach prezydenckich, które zakończyły się po myśli większości hollywoodzkich gwiazd popierających czarnoskórego pretendenta. Wyraz satysfakcji z wyboru dokonanego przez Amerykę dał Sean Penn, który odbierając nagrodę dla najlepszego aktora obwieścił, iż jest dumny, że żyje w państwie rządzonym przez „eleganckiego prezydenta” (cudzysłów stąd, że cytuję za polskim tłumaczem, który jak zwykle był okropny). Ponadto w którejś z wypowiedzi pojawił się taki oto żart: „Który prezydent był lepszym aktorem, Ronald Reagan czy Barack Obama?”, lecz widownia przyjęła go obojętnie.

Duże zmiany widać było na scenie Kodak Theatre. Po ubiegłorocznej gali, która miała w Stanach zastraszająco niską oglądalność, postanowiono zmienić producenta imprezy, reżysera i prowadzącego. W sumie były to korzystne posunięcia, choć i tak uroczystość trwała aż trzy i pół godziny, a nagradzani, którym już od kilku lat ogranicza się czas na dziękczynne mowy do 45 sekund, robili wszystko, żeby wyjść poza limit i podziękować także dalszej rodzinie. To zdumiewające, że wartości rodzinne tak się ceni w Hollywood.

Polityka 9.2009 (2694) z dnia 28.02.2009; Ludzie i obyczaje; s. 92
Reklama