Archiwum Polityki

Szmata w budzie

Do roli kozła ofiarnego bramkarze nadają się jak mało kto. W tym fachu przydaje się gruba skóra.

Na głupio puszczonego gola najczęściej mówi się szmata. Czasem klocek, farfocel albo babol. Każdy bramkarz ma do zapisania swoje konto szmat. To taki niechciany bagaż, który dostaje się na początku kariery. Bomba z opóźnionym zapłonem. Jak się ma szczęście, to detonacja następuje w meczu bez stawki albo gdy o wynik nikt już nie drży. Ale los jest przewrotny. Zwykle szmaty trafiają się nie w porę.

Przy okazji takiego nieszczęścia wychodzi charakter bramkarza. Czy nie schowa głowy w piasek, nie zrzuci winy na innych, nie będzie szukał głupich wymówek. No i przede wszystkim czy się pozbiera. Wtedy trzeba przypomnieć sobie dobre rady otrzymane podczas pogadanek z klubowym psychologiem albo na własną rękę szukać jakiegoś ucha do wyżalenia się. Wtedy też okazuje się, że warto wcześniej było dobrze żyć z ludźmi, z chłopakami z zespołu, bo w nieszczęściu nie zostawią samego.

Wie o tym Jerzy Dudek, dziś pierwszy zastępca Ikera Casillasa w Realu Madryt. W 2002 r., jeszcze grając dla Liverpoolu, w prestiżowym meczu z Manchesterem United popełnił błąd, jaki nawet w futbolu podwórkowym prawie się nie zdarza. Podaną przez obrońcę piłkę próbował łapać, ale najpierw przeleciała mu między rękawicami, potem przetoczyła się pod nogami, dopadł do niej napastnik United i nie wierząc we własne szczęście kopnął do pustej bramki. Liverpool przegrał 1:2, Dudek był załamany. – Trzy dni później graliśmy spotkanie w Pucharze Ligi. Przez cały mecz kibice skandowali moje nazwisko, a po ostatnim gwizdku chłopaki z zespołu zdjęli koszulki i okazało się, że mają pod nimi T-shirty z napisem: Dudek, you’ll never walk alone – nigdy nie będziesz szedł sam (to oficjalne motto Liverpoolu i refren klubowego hymnu).

Polityka 16.2009 (2701) z dnia 18.04.2009; Ludzie i obyczaje; s. 99
Reklama