Ja My Oni

Bez przymusu

Nie każda matka kocha swoje dziecko

Liana Mikah / Unsplash
Dr hab. Anna Cierpka o macierzyństwie i bezdzietności.
Dr hab. Anna CierpkaLeszek Zych/Polityka Dr hab. Anna Cierpka

Agnieszka Sowa: – Czy każda matka kocha swoje dziecko?
Anna Cierpka: – Nie każda.

A dlaczego nie kocha?
Zwykle dlatego, że sama nie była kochana. Jeżeli kobieta nie dowiedziała się, co to znaczy bliskość, miłość, troska i opieka, bo jej matka umarła albo ją porzuciła, może po prostu nie umieć kochać swojego dziecka. Ale to nie oznacza, że nie może się tego nauczyć.

Są i bardziej biologiczne powody. To może być chwilowy efekt spadku poziomu hormonów bądź efekt uboczny działania leków. Zdarza się, że matka po porodzie bierze na ręce swoje wyczekane, upragnione dziecko i z przerażeniem stwierdza, że nic nie czuje. Czasem dociera to do niej z opóźnieniem, na drugi dzień. Zwykle jednak w tego typu sytuacjach stan ten mija po kilku dniach i wszystko wraca do normy. Jeśli nie mija, warto kobietę otoczyć pomocą.

Oczekiwanie społeczne, także kobiety, która zostaje matką, jest takie, że tylko spojrzy na dzidziusia, przytuli i już kocha.
Młodym kobietom, które się naczytały o pięknie macierzyństwa i o miłości macierzyńskiej, może wydawać się, że to taka strzała Amora, zauroczenie, fajerwerki. A jak tych fajerwerków nie ma, przychodzi rozczarowanie. Tymczasem miłość macierzyńska rodzi się powoli. Jest nie tylko pierwszym zachwytem – jest także troską o dziecko, lękiem o nie, świadomością odpowiedzialności za nowe życie etc. Miłość to nie jest zakochanie.

Dominujący pogląd, że „każda matka kocha swoje dziecko”, nie pomaga. Bo jeżeli kobieta czuje inaczej, to natychmiast włącza się nasze słynne polskie poczucie winy: coś jest ze mną nie tak, skoro wszystkie matki kochają, a ja nie umiem. Są przecież i takie sytuacje, o których na ogół się głośno nie mówi, kiedy z bezsilności i głębokiej frustracji pojawia się u matek uczucie niemal nienawiści, chęć zadania dziecku fizycznego bólu. Pewna kobieta powiedziała mi kiedyś, że miała ochotę „skoczyć i podeptać” swoje dziecko. No i natychmiast popędziła do terapeuty w obawie, że coś jest z nią nie w porządku. Byłoby, gdyby to zrobiła. Odczuwamy różne emocje wobec naszych bliskich, także wobec dzieci, ale to jeszcze nie oznacza, że nie kochamy. Takie chwilowe negatywne uczucie, nieprzełożone na konkretne działania mogące zaszkodzić dziecku, jest czymś normalnym. Jeśli jednak takie sytuacje się powtarzają, warto poszukać dla siebie pomocy, nawet niekoniecznie psychologicznej. Czasem wystarczy rozmowa z inną kobietą.

Opowieść o macierzyńskiej miłości jest stosunkowo świeża w naszym kręgu kulturowym. Jeszcze dwa wieki temu w wyższych sferach społecznych dzieci oddawano na wieś do mamki. Chore dzieci porzucano, ich śmierć traktowano jako nieuniknioną kolej rzeczy.
Podejście do dzieci zmieniło się w sensie kulturowym diametralnie. Kiedyś żyły na marginesie społecznym, przeżywały tylko jednostki najsilniejsze. Powszechne było stosowanie wobec nich przemocy, maltretowanie, nadużycia. Zmiana, która w końcu przyszła, była – z potrzeby odreagowania i odkupienia win – bardzo gwałtowna. Nastąpiło odwrócenie o 180 stopni: nagle dzieci stały się najważniejsze. W efekcie mamy dziś często do czynienia z sytuacją, którą roboczo nazywam „dzieckocentryzmem”. Zorientowani na rozwój i osiągnięcia dziecka rodzice stawiają je w centrum systemu rodzinnego, sami krążąc po jego orbicie jako zasób do wykorzystania: szofer, zdobywacz pieniędzy na kolejne zajęcia dodatkowe, markowe ubrania, gadżety... Ich potrzeby są marginalizowane, a raczej sami decydują się realizować taki scenariusz.

Czy to, że tak skrajne podejścia są możliwe, nie świadczy o tym, że miłość macierzyńska jest bardziej wytworem kultury niż czymś przyrodzonym każdej kobiecie?
Dyskusja na ten temat trwa i moim zdaniem nie zostanie szybko rozstrzygnięta. Na pewno komponent kulturowy jest szalenie istotny. Jesteśmy jako społeczeństwo zanurzeni w rozmaitych dominujących dyskursach, również o tym, co to znaczy być matką. W narracjach rodzinnych, umocowanych w określonych tekstach kultury, zapisywane są także znaczenia tworzące opowieść o roli kobiety i matki. Określenia, co to znaczy być tu i teraz kobietą i matką. Wrastając w ów system znaczeń, zwany w literaturze etosem rodzinnym, kobieta – świadomie i nieświadomie – uczy się swojej roli. Czerpie także wiedzę z obserwacji innych kobiet: matek przyjaciół czy znajomych. Kiedyś przeprowadziłam badania dotyczące obrazu poszczególnych członków rodziny w zależności od poziomu jej spójności. Okazało się, że im bardziej spójna rodzina (innymi słowy im bliższe relacje członków rodziny), tym charakterystyki ojca i dziecka były bardziej złożone poznawczo, rozbudowane i nacechowane pozytywnie. Charakterystyki matek zaś – niezależnie od kondycji rodziny – były stałe i niezmienne. Odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak jest, szukaliśmy w języku – w zawartości treściowej opowiadań o matkach. Z badań językoznawcy prof. Jerzego Bartmińskiego wynika, że „matka” opisywana jest jako kochająca, opiekuńcza, wyrozumiała, dobra, troskliwa, a na prośbę podania jednego określenia charakteryzującego postać matki najlepiej respondenci odpowiadali najczęściej: miłość i dobroć. Zatem taki obraz jest głęboko zakorzeniony w języku. Nałóżmy na to jeszcze tradycję i kulturę polską, symbolizowaną przez postać matki Polki, religijny kult Matki Boskiej Częstochowskiej, która uchroniła kraj przed szwedzkim potopem, i historyczną pamięć okresu zaborów i wojen, kiedy kobiety zmuszone były przejąć obowiązki nieobecnych z powodu powstań i emigracji ojców. Nie ma co się dziwić, że macierzyństwo wciąż zajmuje w naszej kulturze miejsce szczególne.

W Polsce szczególnie trudno walczyć z powszechnym przekonaniem, że macierzyństwo jest podstawowym zadaniem, niemal posłannictwem każdej kobiety. Ale czy w ogóle trzeba z tym walczyć?
Nie ma jednej odpowiedzi na pytanie, co jest podstawowym zadaniem kobiety. Każda ma prawo sama o tym zdecydować. Każda może sama wypełnić swoje życie treścią, odkryć, co znaczy dla niej bycie kobietą. Czy każda kobieta powinna być matką? A kto tak mówi? Co to znaczy, że powinna? Może, jeśli tego chce. Trzeba więc walczyć z próbą wtłoczenia kobiet w sztywne ramy określające, co powinny, a czego nie powinny.

Przeprowadziłam ostatnio z moją magistrantką ciekawe badania dotyczące tego, jak kobiety żyjące w pojedynkę doświadczają swojej sytuacji. Uczestniczkami badania były osoby po trzydziestce, niebędące aktualnie w relacji, bezdzietne, żyjące w dużych miastach, wykształcone i niezależne finansowo. Wydawałoby się, że ich sytuacja jest podobna. Pogłębione wywiady pozwoliły jednak zobaczyć, że każda z nich opowiada inną historię. Swoją. Jedna szuka partnera, chce założyć rodzinę. Inna wie, że jej zegar biologiczny tyka, ale w ogóle nie czuje potrzeby – przynajmniej teraz – posiadania dziecka i rodziny.

Współczesne społeczeństwa pierwszy raz od tysięcy lat dały kobietom możliwość wyboru prokreacyjnego – rodzić czy też nie mieć dzieci. To jest nowa oferta życiowa: nie każda kobieta musi mieć dziecko. Bezdzietność nie jest już tak silnie stygmatyzowana jak w przeszłości. Kobieta bez dzieci nie jest już spychana na margines, nieprzydatna. To często wykształcona i kreatywna osoba, odnosząca sukcesy, realizująca swoje pasje zawodowe czy twórcze, często z atrakcyjnym partnerem u boku. Tylko nie twórzmy nowych stereotypów – wracam uparcie do twierdzenia, że każda historia jest niepowtarzalna. Są kobiety bezdzietne z wyboru. Niektóre nie decydują się na macierzyństwo, bo nie czują się bezpieczne, nie czują się dobrze w relacji z partnerem albo w danym momencie nie są przekonane, że mogłyby dać dziecku wystarczająco dobrą opiekę. Są świadome odpowiedzialności za kontekst, w którym dziecko przychodzi na świat. Wiedzą, że ono jest szczęśliwe, jeśli jego mama jest szczęśliwa. I najpierw porządkują swoją rzeczywistość i relacje, a później zastanawiają się, co dalej. Są także kobiety bezdzietne z powodów zdrowotnych. I wiele z nich stawia sobie w pewnym momencie pytanie – czy ja naprawdę chcę jeszcze walczyć o dziecko? Na co jeszcze chcę się zdecydować, co jeszcze wytrzymam? W kontekście ciągle jeszcze jednak obecnej presji społecznej dotyczącej konieczności posiadania dzieci potrzebne jest zatem pytanie: czego tak naprawdę ja potrzebuję? W zalewie opinii innych, co jest moje? I kiedy jedni potępiają, a inni współczują, to co ja myślę o sobie? Jaką chciałabym być kobietą? Kim jestem i dokąd chcę zmierzać? I jeśli czuję, że nie chcę mieć teraz dziecka, to mam do tego prawo. Nie chcieć w ogóle także.

Po co w ogóle kobiety rodzą?
Z bardzo wielu powodów. Bo pragną mieć dziecko, bo chcą się realizować w macierzyństwie, bo taka jest kolej rzeczy, bo tak wypada. Albo by coś po sobie zostawić. Takie non omnis moriar. To zdrowa i naturalna motywacja, nazwałabym ją egzystencjalną, która zresztą dotyczy także, a może przede wszystkim, ojców. Jednak czasem są to powody utylitarne, np. dla scementowania związku, który się rozpada. To jeden z najgorszych pomysłów. Wystarczy uzmysłowić sobie, jaka olbrzymia odpowiedzialność – utrzymania trwałości rodziny – ma spoczywać na tym dziecku już w chwili urodzenia. A przecież za to mają odpowiadać wyłącznie dorośli. Na czele zdrowej rodziny stoi silna koalicja małżeńska, a nie dziecko.

Kolejnym bardzo niebezpiecznym powodem, często nieuświadamianym, jest zaspokojenie potrzeby bliskości. Może się tak zdarzyć, że w sytuacji jej braku w relacji z partnerem kobieta zapragnie mieć dziecko po to, żeby mieć je na własność, na wyłączność. Żeby zyskać istotę, która będzie ją kochać bezwarunkowo. Takie podejście do macierzyństwa do niczego dobrego nie prowadzi. Po pierwsze, rzeczywiście może zniszczyć związek, bo kobieta siłą rzeczy jeszcze bardziej oddala się wtedy od swojego partnera. Po drugie, jej oczekiwanie, że teraz od dziecka dostanie to wszystko, czego nie zapewnił jej partner, jest bardzo złudne. Bo przecież ono jest w domu gościem. Najważniejszym, ale jednak gościem. I jego absolutnie naturalnym prawem rozwojowym jest w pewnym momencie odejść z domu i rozpocząć swoje własne życie. To także robienie dziecku krzywdy. Matka buduje wobec niego oczekiwania, których ono nie jest w stanie spełnić, i stawia je w sytuacji ogromnie obciążającej emocjonalnie. W tego typu sytuacjach dochodzi często także do zjawiska odwrócenia ról w rodzinie (tzw. parenting) – dziecko jest delegowane przez rodzica do dawania mu opieki i troski. Dokładnie odwrotnie, niż powinno być. Konsekwencji odwrócenia ról w rodzinie dziecko doświadcza często przez resztę życia. Polecam znakomite badania na ten temat prof. Katarzyny Schier.

Macierzyństwo – takie jest kolejne oczekiwanie społeczne – ma być radosnym doznaniem dla kobiety. A przecież ciąża i poród znajdują się na 12. miejscu Uporządkowanej Skali Ocen Społecznych Thomasa Holmesa i Richarda Rahe’a, przedstawiającej 43 najsilniejsze przyczyny stresu.
Uważajmy tylko, żeby nie wpaść ze skrajności w skrajność, z jednego stereotypu w drugi. To na pewno nie jest idylla, ale także nie koszmar. Choć, oczywiście, może być czasem jednym lub drugim, albo i jednym, i drugim zarazem, wszystko zależy od okoliczności. Kłania się znów słynne psychologiczne „to zależy”. Ale tak to jest. W życiu jest różnie i nie sposób tego przewidzieć. Przecież kobiety mają różne organizmy, różne zasoby, różne sytuacje rodzinne. Siłą rzeczy więc ich przeżywanie macierzyństwa też będzie odmienne, zależne także od tych wszystkich czynników, nazwijmy to zewnętrznych. Według badań dr Bogny Bartosz dotyczących doświadczania macierzyństwa przez kobiety można wyłonić trzy grupy problemów: ambiwalentne postrzeganie przez kobiety samej siebie jako indywidualności i jako osoby pełniącej określoną rolę, przeżywanie konfliktu dziecko–praca zawodowa oraz interpretacja przeżyć związanych z macierzyństwem w kontekście relacji rodzinnych. I tak np. akceptacja ciąży przez innych „obecnych” w nowej sytuacji (męża/partnera, rodziców, osoby w środowisku zawodowym) może być znaczącym warunkiem akceptacji ciąży przez kobietę. Z drugiej strony pozwolę sobie zacytować: „jeśli kobieta akceptowała zmiany, jakie dokonywały się w jej życiu (w czasie ciąży), była na nie otwarta, interpretowała je jako możliwość wzbogacenia własnego życia bądź też ciążę traktowała jako specyficzne obciążenie, wówczas odczucia biologiczne były interpretowane przez pryzmat takich właśnie nastawień. Można powiedzieć, że doświadczenia biologiczne w tej fazie były »filtrowane« przez przeżycia pochodzące ze sfery podmiotowej i społecznej”. Jak jednak podkreśla autorka, mimo pewnych podobieństw, na podstawie analiz przeprowadzonych wywiadów można mówić o indywidualnych, odmiennych, niepowtarzalnych sposobach przeżywania macierzyństwa przez badane kobiety.

Skoro macierzyństwo jest takie niestereotypowe, to skąd trwałość stereotypów na jego temat?
Jest to ważne doświadczenie dla kobiet, ale też takie, którego się czasem obawiają. Można także stwierdzić, że nadal w naszym społeczeństwie funkcjonuje tradycyjny obraz płci, a kobiety często ocenia się przez pryzmat wypełniania czy też podejmowania/niepodejmowania roli matki. Ponieważ potrzebujemy w nadmiarze informacji dokonywać uproszczeń, porządkować rzeczywistość, antycypować ją i nazywać, tworzymy stereotypy – czyli uogólnione przekonania na jakiś temat, schematy poznawcze, pozwalające oswoić, nazywać i uporządkować świat. Stereotypy ułatwiają przetwarzanie danych, czujemy się dobrze, nazywając i interpretując w prosty sposób rzeczywistość. Ale rzeczywistość tak naprawdę jest dużo bardziej złożona i wymyka się schematom.

Z jednej strony bycie kobietą czy też matką, będzie doświadczane w kontekście stereotypów, wzorców kulturowych i interpretowane w odniesieniu do zewnętrznych warunków (konkretnej sytuacji danej kobiety). Z drugiej strony autonomiczne, niezależne od konwencji społecznej znaczenia nadawane własnemu doświadczeniu mogą pozwolić kobietom odnaleźć własną drogę – dokonać dojrzałego, świadomego wyboru. Wspomniane pytanie „co jest tak naprawdę MOJE” w kontekście wielości wyborów, fragmentaryzacji ról i niezgodności postaw wobec macierzyństwa tym bardziej współcześnie domaga się indywidualnej odpowiedzi.

rozmawiała Agnieszka Sowa

***

Rozmówczyni jest doktorem nauk humanistycznych, psycholożką. W praktyce zajmuje się pomocą psychologiczną w sytuacjach kryzysów życiowych, problemów dotyczących relacji w parze i w rodzinie, problemów wychowawczych, a także wspieraniem rozwoju osobowości. Pracuje także w Katedrze Psychologii Wychowania Wydziału Psychologii UW. Jest kierowniczką studiów doktoranckich na Wydziale Psychologii. Autorka książki „Tożsamość i narracje w relacjach rodzinnych”.

Ja My Oni „Kobieta: instrukcja obsługi" (100116) z dnia 13.02.2017; Jako córka, partnerka, matka; s. 56
Oryginalny tytuł tekstu: "Bez przymusu"
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną