Ja My Oni

Era panny

Skąd biorą się stereotypy o singielkach?

Europejskie singielki jeszcze w XIX i na początku XX w. były zobligowane do świadczenia pomocy rodzinie, u której zamieszkiwały. Europejskie singielki jeszcze w XIX i na początku XX w. były zobligowane do świadczenia pomocy rodzinie, u której zamieszkiwały. Carmen Jost / Flickr CC by 2.0
Jak się czują współczesne singielki i jak społeczeństwo je widzi.
Renée Zellweger jako filmowa Bridget JonesUniversal/Courtesy Everett Collection/EAST NEWS Renée Zellweger jako filmowa Bridget Jones

Singielki – bezsprzecznie nowe, potężne zjawisko w życiu społecznym. Ale i potoczne wyobrażenia na ich temat, i obraz wyłaniający się z badań naukowych nie jest jednoznaczny. Wykształcone, kreatywne profesjonalistki, szczęśliwe w swej niezależności i autonomii? Czy jednak kobiety, które wcześniej czy później dopada samotność i społeczne piętno zgorzkniałej starej panny?

Elżbieta wiosny nie czyni

Dr Julita Czernecka, socjolog z Uniwersytetu Łódzkiego, w książce „Wielkomiejscy single” przekonuje, że życie samotne z wyboru istniało w każdym społeczeństwie, niezależnie od epoki i typu kultury. W czasach przednowoczesnych decydowały się nań osoby pełniące ważne funkcje w swoich społecznościach: kapłani, szamani, wróżbici, artyści i filozofowie, albo też funkcjonujący na marginesie życia społecznego: włóczędzy, dziwacy i żebracy. W kulturze europejskiej szmat czasu małżeństwo stanowiło kontrakt zabezpieczający jednostkę pod względem ekonomicznym oraz gwarantujący możliwość reprodukcji. Wyjąwszy osoby wybierające celibat umotywowany religijnie (księża, zakonnice, zakonnicy), wszystkich innych, którym nie udało się małżeństwa zawrzeć, uznawano za nieszczęśliwych, pokrzywdzonych przez los, bez perspektyw na dostatnie życie. Szczególnie negatywnie postrzegano niezamężne kobiety. Stygmatyzowano je jako stare panny, bezużyteczne dla rodziny i społeczeństwa. Zakładano, że nie udało im się zdobyć męża ze względu na defekty natury fizycznej, psychicznej, społecznej lub brak godziwego posagu.

W 1563 r., gdy Izba Lordów zasugerowała królowej Elżbiecie I konieczność wyjścia za mąż, ta odparła, że męża już wybrała i jest nim królestwo Anglii (to wersja oficjalna, ponoć w rzeczywistości rzekła: „lepiej być samotną i żebraczką niż królową i mężatką”). W tym czasie królowa zaliczała się do nielicznej kategorii kobiet, które mogły obyć się bez męża.

Europejskie singielki jeszcze w XIX i na początku XX w. były zobligowane do świadczenia pomocy rodzinie, u której zamieszkiwały. Do I wojny światowej tzw. staropanieństwo akceptowano, o ile panie, które obrały samotną drogę życia, poświęcały się dla innych np. poprzez pełnienie roli służących, nauczycielek lub dam do towarzystwa.

Wraz z industrializacją i urbanizacją, z powodu których młodzi ludzie zmieniali miejsce zamieszkania w poszukiwaniu pracy, typowa rodzina z wielopokoleniowej przeobrażała się w nuklearną. W związku z rosnącym zapotrzebowaniem na wykwalifikowanych pracowników upowszechniała się edukacja – również pośród kobiet, coraz częściej podejmujących pracę zarobkową. I gwałtownie rosła liczba pań niezamężnych.

Singielki żyjące na przełomie XIX i XX w. w USA były wysoce przedsiębiorcze. Trudniły się handlem (importowanymi towarami, książkami oraz tkaninami). Wdowy często prowadziły gospody albo pośredniczyły w sprzedaży ziemi. W 1900 r. pracę zarobkową podejmowało 20 proc. Amerykanek. Najczęściej były to właśnie młode singielki. Stanowiły mocne źródło wsparcia materialnego dla rodziny – zwłaszcza w czasie Wielkiego Kryzysu. Nie znaczyło to wcale, że na nowym kontynencie dokonała się już wtedy nieodwracalna przemiana, jeśli chodzi o postrzeganie społecznej roli kobiet. Mężczyźni po powrocie z frontów II wojny światowej masowo podejmowali zatrudnienie, podczas gdy kobiety równie powszechnie wycofywały się z rynku pracy do domowych pieleszy. Ów ruch wspierała amerykańska propaganda z lat 50., która głosiła, że damska aktywność powinna ograniczyć się do opieki nad dziećmi i prowadzenia domu. Pisma kobiece ostrzegały przed niebezpieczeństwami wiążącymi się z łączeniem pracy zawodowej z życiem domowym. Osoby żyjące bez partnera, homoseksualne czy nawet bezdzietne pary piętnowano i dyskryminowano.

W Europie tymczasem po II wojnie światowej przybyło singielek z oczywistego powodu: wdowieństwa. Jednakże małżeństwo wciąż było w modzie: z początkiem lat 50. młodych ludzi do związków zachęcała fala powojennego optymizmu. Chociaż praca zawodowa kobiet stawała się czymś normalnym, to rzadko wykluczała ona tradycyjnie pojmowaną rolę żony i matki. Kobieta miała się prawdziwie spełniać w domu, służąc bliskim.

Związki ponowoczesne

Dopiero w tzw. społeczeństwie ponowoczesnym, w które wpisana jest chroniczna zmienność, na znaczeniu zyskały indywidualizm i samorealizacja. Coraz lepiej wykształcone i niezależne finansowo panie zaczęły stawiać na realizację własnych potrzeb.

W latach 70. w krajach zachodnich zaczęły upowszechniać się alternatywne wobec tradycyjnego małżeństwa formy związków. Spopularyzowały się relacje kohabitacyjne (wspólne mieszkanie partnerów niebędących małżeństwem) oraz związki typu LAT (ang. Living Apart Together – pozostawanie w stałych związkach, lecz zamieszkiwanie w oddzielnych gospodarstwach domowych), małżeństwa bezdzietne z wyboru DINKS (ang. Double Incomes No Kids – podwójny dochód, brak dzieci) oraz wspólne mieszkanie młodych, niespokrewnionych ze sobą osób – popularne szczególnie w ośrodkach akademickich. Przybywało też oficjalnie dzielących życie par homoseksualnych. Oraz singli.

Lata 80. XX w. na Zachodzie to czas błyskawicznych karier i kultu pieniądza. W USA i Europie Zachodniej pojawia się nowa grupa społeczna: yuppies (ang. young urban professionals) – młodzi specjaliści zamieszkujący duże miasta. Ze względu na ostrą konkurencję, z którą zmagają się każdego dnia, oraz wysoki poziom ryzyka, jaki muszą podejmować, są w permanentnym stresie. Nierzadko wspomagają się używkami, czasem również narkotykami. Dużo zarabiają. Ich naczelnym celem jest kariera zawodowa. Decyzję o założeniu rodziny i posiadaniu dzieci odkładają na później. Stawiają na luźne związki seksualne.

Romantyczna miłość „do grobowej deski” stała się passé – zauważył prof. Zygmunt Bauman (wybitny socjolog zmarły w styczniu w wieku 91 lat) na łamach książki „Razem, osobno” (Wydawnictwo Literackie, 2003 r.). Obecnie znajomość na jedną noc określa się mianem „uprawiania miłości”, a kolejne randki z coraz to nowymi osobami stanowią praktyczne szkolenia w sztuce miłosnej. Jego zdaniem współczesne relacje przypominają shopping i opierają się na przelotnych kaprysach. Związek kończy się w momencie, kiedy przestaje spełniać „konsumenckie” oczekiwania. Sięga się wówczas po „inny model”, co dziś jest łatwiejsze, niż było kiedykolwiek wcześniej.

W Austrii, Belgii i Niemczech w ciągu ostatniego półwiecza odsetek zawieranych małżeństw spadł o połowę. Liczba jednoosobowych gospodarstw domowych wzrasta również w państwach będących ostoją tradycyjnych wartości, takich jak Hiszpania, Irlandia i Polska. Najczęściej prowadzą je trzydziestolatkowie, nieodpowiadający stereotypowi niewydarzonego starego kawalera i bezużytecznej starej panny, bo pracujący i niezależni finansowo.

Polski boom „wykształciuszek”

Według dr Julity Czerneckiej w Polsce ta tematyka wzbudziła powszechne zainteresowanie dopiero na początku XXI w. Zbiegło się to z emisją popularnych amerykańskich seriali, których głównymi bohaterkami są przebojowe singielki (np. „Ally McBeal” i „Seks w wielkim mieście”).

Singielki w mediach i popkulturze przedstawiano jako pracowite i twórcze, lecz egoistycznie nastawione do życia – skupione wyłącznie na rozwoju kariery zawodowej i konsumpcji (ze szczególnym upodobaniem do dóbr luksusowych). Zarzucano im niechęć do inwestowania w stały związek.

Z danych przedstawionych przez dr hab. Anitę Wojciechowską-Miszalską w pracy „System wartości i aspiracje życiowe” (zbiór „Młoda generacja w społeczeństwie polskim w momencie przełomu formacyjnego” pod redakcją prof. Wielisławy Warzywody-Kruszyńskiej, 1991 r.) wynika, że młodzi Polacy w tamtych czasach jako najważniejszą wartość wymieniali kolejno: szczęśliwe życie rodzinne, zdrowie, posiadanie przyjaciół i znajomych, rozwój własnych zainteresowań i pasji życiowych. Na podstawie komunikatu „Cele i dążenia życiowe Polaków” z badań przeprowadzonych już w XXI w. przez CBOS, można stwierdzić, że sytuacja znacznie się zmieniła. Respondenci, którzy stwierdzili, że ich życie motywowane jest jakimiś aspiracjami, poproszeni zostali o wymienienie nie więcej niż trzech spośród celów, na osiągnięciu których szczególnie im zależy (zastosowano pytanie otwarte, mieli więc pełną dowolność odpowiedzi), najczęściej wskazywali na: pracę (30 proc.), chęć stabilizacji finansowej oraz podwyższenie standardu życia (26 proc.), wykształcenie (17 proc.) oraz posiadanie własnego mieszkania lub domu (16 proc.). Posiadanie dzieci zajęło dopiero piątą pozycję w rankingu (14 proc.), a zaledwie co dwunasty badany (8 proc.) wskazywał na założenie własnej rodziny.

Narodowy Spis Powszechny z 2002 r. ujawnił, że w Polsce znacznie przesunęła się granica wieku zawierania małżeństw. 40 proc. osób w wieku 25–29 nadal było kawalerami lub pannami. W USA sytuacja wygląda jeszcze bardziej spektakularnie. Przed 29. rokiem życia w związki małżeńskie wchodzi tam zaledwie 20 proc. obywateli w porównaniu z prawie 60 proc. w 1960 r.

Co trzeci młody Polak stara się uzyskać dyplom wyższej uczelni. Z tego względu wydłuża się czas nauki i odraczana jest decyzja o byciu w stałym związku. Przy tym kobiety częściej niż mężczyźni kończą studia, szkoły policealne i licea ogólnokształcące. Są znacznie bardziej zainteresowane podnoszeniem kwalifikacji zawodowych i kontynuacją edukacji w ramach studiów podyplomowych, a także karierą w nauce, o czym świadczy rosnący udział pań wśród słuchaczy studiów doktoranckich oraz osób uzyskujących stopień doktora i doktora habilitowanego.

Młodzi Polacy odsuwają więc w czasie zarówno kwestię szukania odpowiedniego partnera, jak i formalizacji związku. Przy tym postępuje zacieranie się różnic w sytuacji ekonomicznej mężczyzn i kobiet.

Atrakcyjne profesjonalistki czy zgorzkniałe egoistki

Mimo że kobiece singielstwo jest mocno zauważalne w społecznym pejzażu zwłaszcza wielkich miast, i powszechne przekonania, i obraz medialny są pełne sprzeczności. Z jednej strony przewija się pozytywny wizerunek samotnych młodych kobiet jako osób realizujących swój potencjał w ramach kariery zawodowej, cechujących się profesjonalizmem, wysoką inteligencją, asertywnością i zrównoważeniem, niewykazujących osamotnienia i posiadających pozytywny obraz siebie oraz otaczającej je rzeczywistości. Z drugiej – negatywne wizerunki singielek jako neurotycznych, zgorzkniałych, sfrustrowanych i niezaspokojonych seksualnie starych panien. Przypisuje się im egoizm, niską atrakcyjność seksualną, brak kobiecości, mniejszą zdolność do miłości i opiekowania się innymi oraz niestabilność emocjonalną.

Negatywne spojrzenie na singielki usankcjonowali także badacze. Amerykański psychoanalityk i psycholog rozwoju Erik Erikson w 1997 r. zwrócił uwagę, że dojrzałość społeczną osiąga się poprzez budowanie bliskich, intymnych związków z partnerem i wspólne wychowywanie dzieci. Jego zdaniem relacje z ludźmi oparte wyłącznie na przyjaźni i nieseksualnej miłości są ważne, lecz nie mogą równać się tym w związku erotycznym z partnerem. Uczony określił nieseksualne relacje mianem niekompletnych substytutów życia w parze.

Dr Shelley Budgeon z University of Birmingham w artykule opublikowanym w 2016 r. w „Journal of Social and Personal Relationships” zauważa, że pomimo powszechnego w kulturze zachodniej zaakceptowania faktu autonomiczności kobiet bycie singielką wciąż traktowane jest jako problem.

Psycholodzy społeczni dr Bella M. DePaulo z Wydziału Psychologii University of California w Santa Barbara oraz dr Wendy Morris z Wydziału Psychologii University of Virginia w 2005 r. opisują, że presja na zawarcie związku małżeńskiego i założenie rodziny jest wciąż wywierana na kobiety w większym stopniu niż na mężczyzn, ponieważ troskę i zależność powszechnie uznaje się za centralny element wypełniania roli kobiecej.

Singielstwo tolerowane jest wyłącznie do czasu przyjmowanego za „przyzwoity” do zamążpójścia (górna granica to 35 lat). Do tego momentu dopuszcza się koncentrację kobiet na rozwoju kariery i randkowaniu w celu dokonania „najlepszych wyborów”. Ale potem uznaje się, że nadużyły oferowanej im wolności i zmarnowały szansę na szczęśliwe życie osobiste. Panie „w pewnym wieku” powinny więc powstrzymać się od „wybrzydzania”.

Same o sobie

Co sądzą o sobie same singielki? Prof. Margaret Matlin ze State University of New York w Geneseo w „Psychologii kobiety” z 1996 r. (obecnie na rynku dostępne jest 7. wydanie tego podręcznika) stwierdza, że na poziomie deklarowanej satysfakcji z własnego życia nie różnią się one od mężatek. Chociaż oba stany mają swoje zalety i wady.

Panie kroczące samotnie przez życie narzekają na brak bliskości i relacji intymnych z partnerem. Uskarżają się na monotonię życia codziennego. Doskwiera im przy tym poczucie izolacji w społeczności lokalnej ze względu na hegemonię związków małżeńskich. Podkreślają lęk przed samotnym starzeniem się oraz żal związany z brakiem szansy na posiadanie własnych dzieci. Jednak – co ciekawe – z badań dr E. Kay Timberger z University of California w Berkeley, których wyniki opublikowano w 2006 r., wynika, że singielkom łatwiej przychodzi pogodzenie się z perspektywą nieposiadania dzieci niż braku stałego partnera.

Z drugiej strony poczucie wolności i niezależności, możliwość swobodnego dokonywania wyborów, osiągania preferowanych celów oraz brak zmartwień o los potomstwa to najczęściej przywoływane przez samotne kobiety zalety ich stanu. Margaret Adams, prowadząca badania z udziałem singielek, na łamach wydanej w 1976 r. książki „Single Blessedness: Observations on the Single Status in Married Society” (ang. Błogosławieństwo singielstwa: spostrzeżenia dotyczące singli w społeczeństwie kultywującym małżeństwo), stwierdziła, że do trzech głównych czynników uprzyjemniających paniom samotne życie zaliczają się: ekonomiczna niezależność, społeczna i psychiczna autonomia, niezależność w decydowaniu o tym, że żyją w pojedynkę. Znaczenie ma ponadto wsparcie rodziny i przyjaciół.

Pochodzące z populacji polskich wielkomiejskich singli osoby badane przez dr Julitę Czernecką wśród zalet życia bez stałego partnera wymieniły: poczucie niezależności i wolności we wszystkich obszarach życia; ponoszenie odpowiedzialności tylko za siebie; możliwość przelotnych romansów i posiadanie wielu partnerów seksualnych; większa szansa na rozwój kariery zawodowej; dowolne gospodarowanie czasem wolnym; prowadzenie ekscytującego życia; więcej czasu na spotkania towarzyskie; więcej pieniędzy na własne wydatki oraz posiadanie mieszkania tylko dla siebie. Wyrażały także zadowolenie z tego, że nie muszą po kimś sprzątać, zmywać i prać. „Wszystko robię, kiedy chcę, jak chcę. Na razie sobie nie wyobrażam, żeby (...) ktoś miał zburzyć ten ład, który w jakiś sposób tutaj buduję”. „Na razie to ja nie wyobrażam sobie, żeby w moim mieszkaniu kręcił się jakiś alien”. „Plusy życia solo są takie bardzo proste, prozaiczne. To że nikt mi swoich brudnych, śmierdzących skarpetek po moim ładnym, malutkim mieszkanku nie rozrzuca”.

Wśród wad ewentualnego życia we dwoje singielki wymieniały: poczucie ubezwłasnowolnienia („zamknięcia w klatce”), zależność od drugiej osoby, odczuwanie rutyny w związku, obawa przed jego rozpadem, konflikty z partnerem, utrata poczucia „bycia sobą”, odczuwanie osamotnienia w związku.

Respondenci polskiego projektu dr Czerneckiej

j również dostrzegli wady życia w pojedynkę: poczucie osamotnienia; brak wsparcia emocjonalnego; brak bliskości fizycznej i regularnego seksu; brak poczucia stabilizacji życiowej; niemożność otrzymania natychmiastowej pomocy w trudnych sytuacjach; strach przed samotną starością; trudniejsza organizacja życia codziennego. „Minusy życia w pojedynkę są takie, że się wraca do pustego domu. Jak się ma zły humor, to towarzyszy nam nie ktoś, kto nas wysłucha, tylko telewizor i ewentualnie drink na rozluźnienie, żeby pójść spokojnie spać”. „Przychodzi zimowy, długi wieczór, siedzi się samemu w domu i po prostu nie ma się do kogo przytulić, taki brak fizycznej obecności, dotyku, jest to wtedy straszne”.

Nie ma z kim?

Dr Ewa Grzeszczyk w ramach międzynarodowego projektu realizowanego w Polsce, USA, Indiach i Niemczech badała, w jaki sposób uwarunkowania ekonomiczne, psychologiczne i społeczne przełożyły się na renesans singielek w naszym kraju. Do najważniejszych przyczyn zaliczają się: wzrost indywidualizmu i zmiany w modelu tradycyjnych ról płci; rynkowa transformacja w krajach postkomunistycznych Europy Środkowej; dominacja sfery zawodowej w systemie wartości; recesja na rynku pracy; spadek atrakcyjności modelu matki Polki oraz problemy w komunikacji wzajemnych oczekiwań i potrzeb pomiędzy kobietami i mężczyznami.

Dociekania na temat uwarunkowań życia w pojedynkę Polek prowadziła również dr Emilia Paprzycka z Wydziału Nauk Społecznych SGGW w Warszawie. Na podstawie analizy przeprowadzonych wywiadów biograficznych z uczestniczkami projektu zidentyfikowała następujące czynniki: wygórowane wymagania wobec partnera; wykształcenie i poziom inteligencji kobiet; większa świadomość siebie i niechęć do przyjmowania narzuconych tradycyjnych sposobów pełnienia roli kobiety; niezależność ekonomiczną i potrzebę rozwoju zawodowego; negatywne doświadczenia w relacjach z mężczyznami; brak satysfakcji w poprzednich związkach; posiadanie cech osobowościowych utrudniających bycie w związku oraz przyzwyczajenie się do życia w pojedynkę. Pierwszy punkt tej długiej listy brzmi może prozaicznie, ale też bardzo przekonująco: kłopot ze znalezieniem odpowiedniego kandydata.

Małżeństwo i założenie własnej rodziny nie należą do priorytetowych celów życiowych wielu współczesnych kobiet nie tylko dlatego, że one tego nie chcą, a społeczeństwo daje coraz większe przyzwolenie na życie w pojedynkę. Często – po prostu – uznają, że nie mają z kim tego zrobić. Badania dr E. Kay Trimberger koncentrujące się na kobietach 40- i 50-letnich, opisane na łamach wydanej w Polsce w 2008 r. „Nowej singielki”, ujawniły, że żadna nie decydowała się w przeszłości na życie w pojedynkę. Swoją samotność zaakceptowały z czasem, a fakt nieposiadania partnera przekuły na własną korzyść. Niestety wiele wskazuje na to, iż rzeczone stwierdzenia to wyłącznie racjonalizacja.

Starość singielki

Dr Trish Hafford-Letchfield oraz Nicky Lambert z Londyńskiego Middlesex University w tekście opublikowanym w 2015 r. na łamach Journal of Fertility Counselling słusznie zauważają, że chociaż prowadzi się szerokie badania dotyczące starzenia się naszych społeczeństw, to wyraźnie zaniedbaną grupą badawczą pozostają bezdzietne, starzejące się kobiety, które nie mają partnerów. Wspomniane badaczki oraz Ellouise Long z Psychology School of Science and Technology Middlesex University i Dominique Brady z St. Thomas Hospital w Londynie dołożyły własną cegiełkę do wypełnienia rzeczonej luki poprzez raport opublikowany w 2016 r. w „Journal of Women&Aging”.

Badanie, które przeprowadzono na 76 kobietach w wieku powyżej 50 lat (87 proc. do 65 lat) mieszkających w Wielkiej Brytanii, przynosi nader posępny obraz. Respondentki uskarżały się, że pokutuje negatywny stereotyp singielki w dojrzałym wieku jako „starej wariatki z kotem”. Ten symbol nieuchronnego losu utrudnia kobietom utrzymanie pozytywnego obrazu siebie. Dobijają je również ciągłe pytania: „dlaczego są niezamężne” oraz „czemu nie mają dzieci”. Część z nich przyznała, że aby tego typu komentarzy uniknąć, wolały zrezygnować z kontaktów społecznych i celowo rzuciły się w szpony samotności. Z lęku przestały nawet wychodzić z domu. Niestety te obawy nie wzięły się znikąd. Wynikają z powszechnego mobbingu społecznego wycelowanego w singielki w starszym wieku. Ankietowane skarżą się na złe traktowanie choćby w placówkach służby zdrowia. Jedna z nich zmieniła internistę, który dawał jej aż nadto odczuć, że uważa ją tzw. gorszy sort, pytając, czemu nie znajdzie sobie faceta? Inna mówi: „nie ubliżajcie nam tylko dlatego, że jesteśmy na swoim i czasem możemy się wydawać ekscentryczne, zaniepokojone lub smutne. Mam bardzo stresującą i odpowiedzialną pracę, ale czuję, że jestem postrzegana, jakbym była zerem – to niepokojące, irytujące i prowadzące do wyizolowania”.

Dojrzałe singielki martwią się o swoją przyszłość w związku z nieubłaganymi konsekwencjami upływu czasu. W gorzki sposób kwitują kary podatkowe nakładane przez państwo na osoby mieszkające samotnie. Uważają, że przywileje dla osób pozostających w związkach małżeńskich są niesprawiedliwe ze względu na wartość dodaną, jaką singielki wnoszą do społeczeństwa poprzez opiekowanie się innymi oraz długie kariery zawodowe. Męczy je polityczna retoryka „ciężko pracujących rodzin”, pomijająca wysiłki samotnych kobiet. „Kobiety żyjące solo to najmocniejszy atut sektora wolontariatu. Nie jesteśmy tutaj tylko po to, żeby opiekować się starzejącymi się rodzicami” – pointuje jedna z nich.

Nieposiadanie dzieci rozpatrywane jest przez osoby badane jako brak „siatki asekuracyjnej”, gdy już się zestarzeją. „Samotne kobiety pracujące najprawdopodobniej nigdy nie miały przerwy w karierze zawodowej i są kręgosłupem kraju. Płacimy mnóstwo podatków. Kiedy przejdziemy na emeryturę, musimy mieć poczucie bezpieczeństwa finansowego… Ja nie będę miała oparcia w nikim” – stwierdziła jedna z nich. „Opiekuję się moją mamą. Martwię się o to, kto zaopiekuje się mną, skoro nie mam dzieci” – zauważyła inna.

Wiele wskazuje jednak na to, że negatywne stereotypy dotyczące singielek „w pewnym wieku” prędzej czy później osłabną. To co było dotąd wyjątkiem, w szybkim tempie staje się bowiem regułą. Z danych udostępnionych przez ONS (Office for National Statistics) w wydanym w 2013 r. w Londynie „Biuletynie Statystycznym”, wynika, że ok. 20 proc. kobiet, które urodziły się w połowie lat 60., nie posiada dzieci. Z szacunków przedstawionych przez londyński think tank Institute of Public Policy Research wynika, że takie zjawisko w 2030 r. w porównaniu z 2012 r. wzrośnie niemal dwukrotnie.

Dojrzałe singielki badane przez dr Trish Hafford- Letchfield przekazały wiele sugestii, co należałoby zrobić, żeby poprawić ich los. Na razie jednak źródłem wsparcia pozostają dla nich przyjaciele oraz zwierzęta domowe, które wypełniają pustkę w obszarze kochania i bycia kochaną. Jak wynika z badań, których wyniki w 2012 r. opublikowała dr Cheryl Krause-Parello z University of Colorado, przywiązanie do zwierzęcia rzeczywiście poprawia samopoczucie starszych kobiet. Tak czy siak dopadają je zarówno samotność, jak i piętno zgorzkniałej starej panny.

Ja My Oni „Kobieta: instrukcja obsługi" (100116) z dnia 13.02.2017; We współczesnym świecie; s. 76
Oryginalny tytuł tekstu: "Era panny"
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną