Jak tworzymy swoje wirtualne ego

Ja i selfie
Kim jest człowiek w internecie – sobą, namiastką siebie czy kimś zupełnie do siebie niepodobnym.
Świat toczy dziwna choroba – obsesja na punkcie własnego ego.
Getty Images

Świat toczy dziwna choroba – obsesja na punkcie własnego ego.

Tekst ukazał się w najnowszym Poradniku Psychologicznym „Ja My Oni” poświęconym ego. Poradnik do kupienia w kioskach, dostępny w Polityce Cyfrowej i w naszym sklepie internetowym. Przeczytaj spis treści.

***

„Mam coraz lepszy kontakt ze sobą” – głosi podpis na rysunku polskiej ilustratorki Edyty Draus. Pod spodem portret własny: ona i smartfon. To subtelna satyra na współczesność i jej rekwizyty, czyli powszechne i liczne urządzenia elektroniczne. Ale i gra skojarzeń, bo kontakt to z jednej strony umiejętność wglądu, czytania i rozumienia samego siebie, a z drugiej – zwykły przedmiot, gniazdko. Dziś, obok przenośnych, coraz bardziej wyrafinowanych ładowarek i powerbanków, rzecz absolutnie niezbędna. Oraz oplatająca człowieka kablami, gdziekolwiek jest i cokolwiek robi.

Dla kolejnych pokoleń nowe technologie to z rzadka narzędzia i gadżety (choć przy okazji naturalnie też). Częściej organizatorzy życia, warunek codziennego funkcjonowania i współuczestnictwa, ważni pośrednicy w podtrzymywaniu więzi z ludźmi i światem. Pytanie, czy także – jak na rysunku Edyty Draus – z sobą samym. A może to tylko rozpraszacze, które zakłócają lepsze poznanie i rozumienie samego siebie? Badacze sieci konstatują nie bez powodu, że w mediach społecznościowych ludzie przeważnie odgrywają role i tworzą własne biografie. Zupełnie jak w świecie niewirtualnym, choć z tą różnicą, że z pomocą klawiatury (albo, częściej, ekranu dotykowego) łatwiej coś ubarwić, przeinaczyć i nagiąć. Łatwiej też stworzyć najlepszą – we własnym mniemaniu – wersję siebie. Czyli właściwie kogo?

Wirtualne linie papilarne

Pisarz i fotograf Will Storr w książce „Selfie” (w Polsce jeszcze niewydanej) stwierdza, że świat toczy dziwna choroba – obsesja na punkcie własnego ego, silny narcyzm. W sieci widać zaś wyraźnie ich symptomy: człowiek snuje tu opowieści na swój temat, dzieli się zdjęciami, przemyśleniami, zdradza przekonania, mówi, co lubi, co go mierzi, bawi i wzrusza, wdaje się w dyskusje, zapowiada, gdzie będzie można go spotkać, szuka pracy, kontaktów, mieszkania, miłości itd.

Nie wiadomo, co nadeszło najpierw – era ego czy era nowych technologii, która tę obsesję karmi i podsyca. Ale jeśli internet miał służyć ekspresji osobowości, to wypromował ich sporo i okazał się idealną platformą do autoprezentacji w tej samej mierze co autokreacji. Storr przywołuje przykłady aktywnych wirtualnie celebrytów, ale i polityków, dziś – zdaje się – wylewniejszych niż ich poprzednicy z ubiegłych stuleci. Prezydent USA Donald Trump na łatkę egocentryka, nieprzewidywalnego lidera największego mocarstwa na świecie, pracuje m.in. na Twitterze. Tam nie bawi się w dyplomatę i niespecjalnie się powściąga. Przechwala się, że ma w zasięgu guzik atomowy, pokpiwa z mediów, stawiając się w roli dysponenta prawdy. To tam stwierdził też bezceremonialnie, że tegoroczne Oscary były nudne. Wiele z tych przemyśleń pozostałoby pewnie tajemnicą zarezerwowaną dla najbliższych, gdyby nie Twitter, tak prosty w użyciu, skracający dystans do świata i łatwo dostępny.

To dlatego badacze nowych mediów dochodzą do wniosku, że przetrwają po dzisiejszych ludziach nie osiągnięcia czy indywidualne dorobki, ale „wirtualne linie papilarne”, zapisane w internecie ślady ich działalności, komentarze i wpadki. Jak zapamiętał i postrzega ich ten cyfrowy świat, łatwo sprawdzić już teraz, wpisując do przeglądarki swoje imię i nazwisko. Wyniki zaskoczą niezależnie od tego, w jak bardzo staranny i kontrolowany sposób buduje się swój wizerunek w sieci. Już w 2013 r. naukowcy z uniwersytetów Stanforda i Cambridge dowiedli, że media społecznościowe potrafią bezbłędnie odgadnąć, jaki jest stan cywilny człowieka (65 proc. trafień), jakiego jest wyznania (aż 82 proc.), jaka jest jego orientacja seksualna (88 proc.) i czy ma skłonności do wpadania w nałogi (73 proc.). Po niedawnej aferze Cambridge Analytica, gdy wyszło na jaw, że firma pozyskała dane 50 mln Amerykanów zalogowanych na Facebooku, różni eksperci zaczęli sprawdzać, co właściwie internet wie o swoich użytkownikach. Sam serwis Marka Zuckerberga ma tych wrażliwych danych zatrważająco dużo: rozpoznaje twarze, wie, kiedy i z kim ktoś nawiązał relację na portalu, ma dostęp do listy jego kontaktów, wie, w co kto klika i do których wydarzeń dołączył, gdzie był, zna numer telefonu, upodobania. I przechowuje archiwalne wiadomości, nawet jeśli użytkownik dawno temu je skasował. Algorytm najwyraźniej zna internautów lepiej, niżby chcieli – a czasem lepiej niż przyjaciele i członkowie rodziny.

A może nawet lepiej niż oni sami? Wszak internet, ze swoją komputerową, niezawodną pamięcią, staranniej za nich odtworzy, czym żyli pięć lat czy dekadę wcześniej, jak wyglądali, z kim się przyjaźnili, w jakie się wdali spory i z kim już nie utrzymują kontaktu. Zapamięta, co ich dawniej frapowało czy złościło. A wreszcie – pośrednio – jacy byli. Tak jak osobowość człowieka tworzy jego prywatna historia, tak też w jakiejś mierze tworzy ją dziś historia jego przeglądarki.

Internet, (współ)twórca człowieka

Sieć jest więc cyfrowym zapisem – dokładnym jak nic w przeszłości, choć siłą rzeczy fragmentarycznym – poczynań człowieka i zmian, także charakteru. Ale jak twierdzą naukowcy, to też względnie nowy czynnik oddziałujący na pojęcie „osobowości”, „tożsamości”, rozwoju i kryzysu ego. Jeszcze jeden bodziec, który każe postawić słynne filozoficzne pytanie: kim jestem?

Prof. Ulrike Schultze z Southern Methodist University w Teksasie od lat bada związki tych dwu konstruktów: osobowości człowieka i nowych technologii, zastanawiając się, czy i w jaki sposób internet kształtuje ludzką tożsamość, jak wpływa na cechy, czy rozwija ego i jakoś je hartuje, czy wprost przeciwnie. Z historycznego punktu widzenia – tłumaczy badaczka – mając do dyspozycji różne narzędzia, z początku bardzo prymitywne, człowiek uczył się ich i konstruował nowe. To niekończący się proces wzajemnych oddziaływań. „Zwykliśmy sądzić, że to my jesteśmy twórcami technologii – wyjaśnia Schultze. – Ale technologie tworzą także nas”. I dodaje: „Stajemy się takimi, jakimi technologie pozwalają nam być”. Dowód pierwszy z brzegu: gdyby wielkie koncerny, jak Apple, nie uzupełniły repertuaru emoji, czyli wirtualnych ikon, o takie, które mają różny odcień skóry, spora część użytkowników sieci nie miałaby w niej swojej reprezentacji. Już ma i może wybierać z całej palety, od barwy bladej po bardzo ciemną. Co tylko świadczy o dużej potrzebie, by świat wirtualny był lepszym odwzorowaniem niewirtualnego i by obydwa lepiej się wzajemnie przenikały.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj