Czy z wielu jeden
Pęknięcia w autoportrecie USA. E pluribus unum... Trudna wspólnota, pełna napięcia i fascynująca
Rysy na autoportrecie. Stany Zjednoczone lubią opowiadać o sobie tak, jakby były bytem trwałym: krajem tych samych symboli, tej samej konstytucji, tego samego narodowego mitu, który obecnie tłumaczy się na hasło uczynienia USA na powrót wielkimi, jak za dawnych, mitycznych czasów. W tym autoportrecie Ameryka jest czymś niezmiennym, nawet jeśli raz po raz przeżywa wstrząsy. Jest taka, jak głosi napis na Wielkiej Pieczęci USA: „E pluribus unum”.
Tymczasem z perspektywy historii społeczeństwa, demografii czy socjologii prawda jawi się zgoła inaczej. Stany Zjednoczone są jednym z najbardziej dynamicznych społecznych organizmów nowoczesności. W XX i XXI w. zmieniały się liczebnie, przesuwały geograficznie, mieszały etnicznie, przeobrażały religijnie, starzały wiekowo, a zarazem rozszczepiały się na nowe mikrokosmosy klasowe, rodzinne i kulturowe. Jeśli istnieje jakaś trwała cecha społeczeństwa amerykańskiego, to właśnie nieustanna metamorfoza. Nie da się tych przemian dobrze opisać w osobnych szufladkach. Demografia wpływała na religię, religia na politykę, migracje na skład etniczny, a urbanizacja na rodzinę, edukację i wzory życia codziennego. Każda wielka zmiana uruchamiała następną.
Dlatego opowieść o amerykańskim społeczeństwie ostatnich stu kilkudziesięciu lat jest w gruncie rzeczy historią przesuwania granicy tego, kto uchodzi za typowego/prawdziwego Amerykanina. Jeszcze na początku XX w. odpowiedź wydawała się (elitom rządzącym) stosunkowo prosta. Dziś już nie. Stąd m.in. bierze się kontrrewolucja MAGA, usiłująca przywrócić stary, prosty świat.
Wiek farmerów i metropolii. Pierwsza wielka linia przemian prowadzi od społeczeństwa wiejskiego i małomiasteczkowego do miejskiego, a później metropolitalnego i podmiejskiego.