Potęga malarstwa
De Kooning, Warhol, Haring... Potęga amerykańskiego malarstwa: od buntu do taśmy produkcyjnej
Migracja rynku sztuki. Nad ranem 22 lutego 1987 r. w nowojorskim szpitalu zmarł 58-letni Andy Warhol, a właściwie Andrew Warhola, syn łemkowskich emigrantów ze Słowacji. Dzień wcześniej przebył rutynową operację woreczka żółciowego. Informacje o śmierci artysty znalazły się na pierwszych stronach najważniejszych amerykańskich gazet.
W filmie „Wybraniec” Ali Abbasiego (2024 r.), o młodości Donalda Trumpa, jest scena, gdy przyszły prezydent na przyjęciu dopytuje się Warhola: – Kim pan jest? W odpowiedzi słyszy: – Jestem artystą. Trump: – Co pan robi? Warhol: – Wszystko, co mogę sprzedać. Robienie pieniędzy jest sztuką. A Trump pyta: – Odniósł pan sukces?
Młody nowojorski deweloper tego nie wiedział (nie jego branża), ale Andy Warhol, jak żaden z twórców drugiej połowy XX w., dosłownie trafił pod strzechy świata. Jego znaczenie zdaje się nie gasnąć nawet kilkadziesiąt lat po śmierci artysty.
Kariera Warhola wiązała się po części z faktem, że po drugiej wojnie światowej centrum sztuki przeniosło się z Paryża do Nowego Jorku. Rynek twórczości przeżywał tu finansowy boom w iście amerykańskim stylu; w 1970 r. w metropolii istniały 73 galerie, dekadę później było ich już 500, w 2026 r. jest ich 1400.
Ekspresjonizm abstrakcyjny, czyli ucieczka od banalnej narracji. Frank O’Hara, czołowy poeta „Szkoły nowojorskiej” napisał w jednym z wierszy: „Cóż, mam swego pięknego de Kooninga/ do którego wzdycham. Jest chyba na nim/ pomarańczowe łóżko, więcej niż ucho ogarnie”. Willem de Kooning (1904–97), malarz urodzony w Rotterdamie, w 1926 r. przypłynął na gapę do USA. Początkowo tworzył martwe natury i kompozycje figuratywne. Po 1945 r.