(R)ewolucja w gorsecie. Bolesław Prus komentując przejawy emancypacji w „Kronikach tygodniowych” jako pozytywista był nastawiony pozytywnie: „Ukształcić kobiety fachowo znaczy podwoić siły społeczne (…) podnieść ogólną pomyślność kraju. Kto tego nie rozumie, z tym dłużej rozmawiać nie warto (…) dzisiejszy ruch kobiecy, tak zwana kwestia emancypacji, jest zjawiskiem najzupełniej normalnym”. Opowiadał się za dostępem kobiet do edukacji sprofilowanej stosownie do ich klasy i statusu materialnego, do pracy zarobkowej, szczególnie w dziedzinie rzemiosł, za zakładaniem i prowadzeniem przez nie własnych warsztatów, sklepów, za stowarzyszaniem się w różnych spółkach i kasach pożyczkowo-samopomocowych, braniem udziału w pracach organizacyjnych instytucji społecznych nie tylko filantropijnych. Pierwszą dekadę postyczniową Prus podsumował z zadowoleniem: „Widzimy więc, że początki zrobiono już, pożądanym jest jednak, aby się dzielniej rozwijały na przyszłość”.
O ile jednak Prus jako felietonista miał aprobatywny stosunek do zjawiska, które uważał za nieuchronne i korzystne dla społeczeństwa, o tyle jako powieściopisarz stworzył obraz ruchu kobiecego jednostronny, niemal krzywdzący. Jego „Emancypantki” były – obok „Placówki” i „Lalki” – trzecią powieścią dotyczącą wielkich pytań epoki, jak to określił w liście do Erazma Piltza, redaktora petersburskiego „Kraju”. Ta rozbieżność pozwala prześledzić zmianę, jaka dokonała się w poglądach jego – i sporej części inteligencji – w ciągu trzech ostatnich dekad XIX stulecia.
Opatrzony znamiennym tytułem „Energia kobiet i męskie niedołęstwo” pierwszy rozdział „Emancypantek” ujawnia, że pensja pani Latter była instytucją tradycyjną, szkołą „najlepszych matek, wzorowych obywatelek i szczęśliwych żon”.