Tygodnik Polityka

Nasza nisza

POLITYKA: 60 lat złudzeń, wiary i uporu

Redakcja POLITYKI Redakcja POLITYKI Tadeusz Późniak, Leszek Zych / Polityka
POLITYKA ma cechy firmy rodzinnej i w naszych warunkach jest to wyższa forma organizacji niż tzw. chłodny profesjonalizm.
Rysunek Andrzeja Mleczki, który podarował nam na 40-lecie POLITYKIAndrzej Mleczko/Polityka Rysunek Andrzeja Mleczki, który podarował nam na 40-lecie POLITYKI
Rysunek Andrzeja Mleczki, który podarował nam na 50-lecie POLITYKIAndrzej Mleczko/Polityka Rysunek Andrzeja Mleczki, który podarował nam na 50-lecie POLITYKI

Artykuł w wersji audio

Obchodzenie własnego jubileuszu zawsze jest trochę krępujące, choć bywa miłe. Zdecydowaliśmy się w tym numerze zamieścić specjalny dodatek na 60-lecie nie dlatego, żeby uprawiać jakąś świąteczną autocelebrę; raczej przeciwnie – chcemy wykorzystać tę okazję, aby w dzisiejszych, gorzkich czasach, przypomnieć najnowszą historię Polski, także historię POLITYKI – w wersji dla dorosłych.

To, co oficjalna państwowa propaganda opowiada dziś na temat minionych kilkudziesięciu lat – których POLITYKA była i obserwatorem, i aktorem – jest nie tylko tandetną manipulacją, ale wręcz obrazą dla naszej pamięci. Otrzymujemy jakąś infantylną wizję historii, w której wszystko jest bajaniem: czarno-białe obrazki z życia PRL, opowieści o mrocznych spiskach okresu transformacji, o korupcji i zdradzie III RP, przypieczętowanej smoleńskim zamachem, aż po dzisiejszą ckliwą legendę o powstaniu z kolan i powrocie na cokoły prawdziwych bohaterów.

To byłoby może śmieszne, gdyby nie intensywność tej propagandy, wsparcie dla niej Kościoła, a zwłaszcza próba wtłoczenia tych głupstw w powszechny system edukacji. Co jakiś czas musimy więc sami sobie przypominać, że nie zwariowaliśmy, że pamięć nas nie zawodzi, że byliśmy uczestnikami także wielkiego, dziejowego sukcesu Polski i Polaków, że się przez lata spieraliśmy, dyskutowaliśmy, błądziliśmy, szukaliśmy jakichś własnych ścieżek przez życie, ale nikt nam nie musi zatwierdzać biografii ani racjonować prawa do dumy. Chcemy dzisiaj tę naszą najnowszą historię przypomnieć, odświeżyć, otrzepać z kłamstwa (polecam naprawdę niezwykłe rozmowy z profesorami FriszkemDudkiem i Raciborskim).

Napisaliśmy na okładce jubileuszowego wydania, że 60 lat POLITYKI to zapis złudzeń, ale też wiary, oporu i uporu; „gry z realiami”, jaką podejmowały kolejne pokolenia polskiej inteligencji i towarzyszący im tygodnik. Życzenia od przyjaciół uświadamiają nam, jak w sumie nietypowym przedsięwzięciem była i jest POLITYKA. Już samo „60 lat” jest w polskiej prasie ewenementem, bo prawie wszystkie pisma zrodzone w PRL zakończyły żywot w pierwszych latach transformacji. Siłą rzeczy jesteśmy więc łącznikiem między dawnymi i nowymi czasy. To długie trwanie gazety kiedyś mogło się wydawać niewygodą, bo ciągniemy za sobą ogon nie zawsze chwalebnych, a ściślej, nie zawsze dziś zrozumiałych, publikacji. Przeglądając stare roczniki (trzy charakterystyczne publikacje wybraliśmy do przedruku), wchodziliśmy po latach w konwencje i konteksty niegdysiejszego dziennikarstwa; te zadrukowane płachty są dziś jak okna w czasie. Mamy poczucie, że w naszych zszywkach tkwi nieoceniona źródłowa dokumentacja politycznej, społecznej, mentalnej, kulturalnej ewolucji Polaków. I dobrze, że do tej historii wciąż, nieprzerwanie, możemy dopisywać kolejne rozdziały.

Jeśli POLITYKA przetrwała w dobrej formie tyle dziejowych wichrów, to znaczy, że redakcja posiadła jakąś szczególną odporność na erozję. Mamy w tej sprawie kilka hipotez; niektóre z nich omawia nasz redakcyjny historyk prof. Wiesław Władyka. Ważną specyfiką jest, wyjątkowa w mediach światowych, organizacja firmy: jak przystało na nasz rodowód, jesteśmy połączeniem socjalizmu z kapitalizmem; rynkowego, multimedialnego przedsiębiorstwa i firmy rodzinnej, skupiającej pod jednym dachem i szyldem trzy pokolenia dziennikarzy. Przez 20 lat, od czasu uzyskania organizacyjnej samodzielności w 1990 r., byliśmy spółdzielnią pracy; teraz – pracowniczą spółką akcyjną.

Kiedyś, na początku transformacji, tych spółdzielni dziennikarskich było sto kilkadziesiąt, żadna, zdaje się, nie przetrwała. A szkoda. Historycznym zbiegiem okoliczności polscy dziennikarze otrzymali nieprawdopodobny prezent, mogli sami zostać właścicielami swoich tytułów i miejsc pracy. Nie ma lepszej formy ochrony niezależności redakcji niż zbiorowa własność. Wszakże pod warunkiem solidarności zespołu, a tego chyba zabrakło; w innych spółdzielniach, do pewnego momentu to śledziliśmy, zaczęły się wewnętrzne rozgrywki, próby przejęcia majątku, szybkiej sprzedaży tytułu, w końcu otwarte konflikty. O ile lepiej wyglądałaby dziś polska prasa, tak sądzę, gdyby udało się zachować dziennikarskie przedsiębiorstwa. Niestety, przeminęło i nie wróci.

Wspomniałem o zespole; to też pewna nasza odmienność. Jesteśmy korporacją średniej wielkości, więc może nietypową, ale mimo różnych kryzysowych fal, które i nas podmywały w ciągu prawie 30-lecia wolnego rynku, nie było tu zbiorowych zwolnień, dramatycznych redukcji zatrudnienia, wymuszonej wymiany pokoleniowej. Parę razy po prostu wszyscy zaciskaliśmy pasa. Obecność w redakcji na równych prawach – w dziennikarstwie to pewnie łatwiej – zarówno 20-, 30-, jak 60, a nawet 80- i 90-latków była/jest nie tylko symbolem ciągłości i stabilności firmy, ale też szczególnym kapitałem, zebranym ze skumulowanego doświadczenia. W redakcji zbiegły się różne polskie losy: mieliśmy/mamy w zespole więźniów Auschwitz (Marian Turski; także zmarły niedawno Roman Frister); Daniel Passent sam opisał swoje dramatyczne losy dziecka ukrywanego podczas okupacji; mieliśmy byłych członków PZPR, ale też jest z nami internowany w stanie wojennym Adam Szostkiewicz i cała grupa dawnych działaczy Solidarności – oraz całkowicie apartyjna młodzież.

Mamy wśród publicystów osoby z tytułami profesorskimi, inżynierów mechaników, magistrów egiptologii, turkologii, lekarza, filozofa, fizyka, polonistów, a np. Joanna Solska, publicystka ekonomiczna, jest z wykształcenia teatrolożką. Potwierdziliśmy na własnym przykładzie opisywane przez nas teorie, że wewnętrzny pluralizm, różnorodność pokoleniowa i kompetencyjna, a także wzajemny szacunek dają organizacji wytrzymałość i elastyczność, trudniej osiągalną w warunkach korporacyjnego wyścigu szczurów. POLITYKA ma cechy firmy rodzinnej i w naszych warunkach jest to wyższa forma organizacji niż tzw. chłodny profesjonalizm.

Ale to, co jest chyba najsilniejszym spoiwem redakcji (przypominamy: najstarszego i największego w Polsce tygodnika politycznego), to trwały, mimo upływu czasu i zmiennych epok historycznych, zestaw przekonań, lub raczej intuicji, politycznych i społecznych, pewnie najbliższych jakiemuś pojęciu socjaldemokracji. W czasach PRL to była podejrzana ideowa herezja, przezywana rewizjonizmem; teraz to po prostu otwarta akceptacja dla reguł liberalnej demokracji, lecz także dla wiecznych postulatów równości, solidarności społecznej, tolerancji, zaufania, świeckości państwa. Kiedyś uważaliśmy ten zestaw za mało oryginalny, w sumie oczywisty i raczej powszechnie akceptowany, dziś dopiero widać, że było to kolejne w historii POLITYKI złudzenie. Podobnie jak przekonanie, że przejście ustrojowe z PRL do III RP było w zasadzie bezalternatywne i, co więcej, udane.

Ta redakcja, także ze względu na konstrukcję personalną, miała entuzjastyczne nastawienie do Okrągłego Stołu, bo przecież w POLITYCE spotkały się te same dwa nurty: rewizjoniści, „reformatorzy socjalizmu” wyrośli, jak sam Mieczysław Rakowski, z październikowej rewolty 1956 r., a potem skonsolidowani w proteście przeciw antysemickim ekscesom Marca 1968 r. – z sierotami po Solidarności, powyrzucanymi z różnych redakcji w stanie wojennym. Symbolicznie, w POLITYCE Październik i Marzec spotkały się z Sierpniem. Tygodnik, mimo wewnętrznego sporu wokół terapii szokowej Balcerowicza, jednoznacznie wsparł rząd Mazowieckiego i popierał kolejne rządy transformacji.

Jeśli mieliśmy wtedy złudzenia, to nie dotyczyły bynajmniej „wiary w neoliberalizm”, jak nam się dzisiaj tu i ówdzie zarzuca, bo wprowadzenie wolnego rynku, zniesienie kontroli cen, prywatyzacja państwowych firm wydawały się naturalnym procesem odwrotu od „realnego socjalizmu” i nie miały dzisiejszych konotacji politycznych. Pewna naiwność dotyczyła przekonania o nieodwracalności kierunku przemian społecznych, spontanicznej modernizacji, przejmowania od społeczeństw Zachodu – wraz z instytucjami demokracji i wolnego rynku – obyczajowych i kulturowych standardów. Kibicowaliśmy postępom prywatnej inicjatywy gospodarczej i społeczeństwa obywatelskiego. Sądziliśmy, że emocje nacjonalistyczne, etniczne są w odwrocie, a religijność polska miała łagodną twarz Jana Pawła II.

Wejście do NATO, do Unii Europejskiej i niezwykły, zwłaszcza w porównaniu z postkomunistycznymi sąsiadami, rozwój gospodarczy Polski miały przypieczętować i symbolicznie domknąć ustrojową transformację. Partie prawicowe, a było ich wiele mutacji, zdawały się raczej niegroźną egzotyką, jakimś ledwie historycznym cytatem. Mówiąc metaforycznym skrótem, w „wojnie narodu ze społeczeństwem” gazeta opowiadała się wyraźnie po stronie społeczeństwa, przeciwko tzw. silnym tożsamościom religijnym, etnicznym, partyjnym, państwowym. Za patriotyzmem otwartym. Nic dziwnego, że byliśmy zwolennikami stopniowej federalizacji Europy, przystąpienia Polski do strefy euro, także rozszerzenia Unii o Ukrainę. W sferze ustroju gospodarczego, zwłaszcza od czasów ostatniego globalnego kryzysu finansowego, nasi autorzy w większości deklarowali skłonności „socjalliberalne”.

Ten ekstrakt z gazetowej publicystyki ostatnich kilkunastu lat wyjaśnia nie tylko korzenie naszej niezgody na PiS, który jest niemal we wszystkich obszarach zaprzeczeniem naszego systemu wartości, ale także dzisiejszy, w roku 60-lecia – problem interpretacyjny. Czy mamy do czynienia – w Polsce i w innych krajach eksperymentujących z własnymi populizmami – z ustrojową korektą, okresem przesilenia, który pozwala lepiej rozpoznać i skorygować błędy konstrukcyjne współczesnego kapitalizmu i demokracji (a w naszych warunkach III RP)? Czy to jest odrzucenie całego ćwierćwiecza transformacji i powrót do jakiegoś PRL-pis?

Wisi nad nami pytanie, jaka tendencja przeważy; sygnały są sprzeczne, także opinie naszych rozmówców w tym dodatku są podzielone. Być może, przy całym werbalnym ataku na „komunizm”, prezes PiS trafnie odgadł, że Polacy (większość) w sumie dobrze się czuli w tamtym systemie, który odbierał sporo wolności, ale dawał jakieś poczucie bezpieczeństwa, porządku i nieograniczone prawo do narzekania. Paradoks historii: PiS przechodzi dziś na pozycje rekonstruktora PRL, a dawna wolnościowa, demokratyczna opozycja, i szerzej – tzw. elity III RP, jest atakowana przez rządzącą partię tak samo, za to samo i takim samym językiem jak w mrocznych latach „socjalizmu”. Dla POLITYKI to także wyzwanie – bronimy złożonej i niejednoznacznej prawdy o PRL, chcemy przywrócić opowieść o wielkim awansie społecznym, cywilizacyjnym, edukacyjnym powojennych pokoleń, ale tamten etap – również opresji, cenzury, tępej propagandy, wszechwładzy partii, kontroli nad sądami, państwową gospodarką itp. – definitywnie (i szczęśliwie) uważamy za zamknięty. Mentalny i polityczny powrót Polski do XX, a nawet XIX w., nie wydaje się nam dobrą odpowiedzią na współczesne napięcia i wątpliwości. Z lewicowej tradycji bierzemy jednak wiarę w postęp, gotowość poszukiwania najlepszych, najszerzej akceptowanych form organizacji społeczeństwa. Nasza nowa akcja publicystyczna „Co po PiS?” jest zaproszeniem do takiej zbiorowej refleksji.

Nie przeceniamy roli gazety, choć chcielibyśmy, żeby czytali ją także nasi polityczni przeciwnicy. Ale, jak mówią nasi medioznawcy (profesorowie Filiciak i Kowalski), nie ma już żadnego głównego nurtu opinii, są pozamykane na siebie komunikacyjne nisze. Mamy wrażenie, że POLITYKA także jest dziś sztandarem pewnego obozu – nazywanego antypisem. Nie zamierzamy jednak z tej roli rezygnować. Wiemy, że dla milionów Polaków, obawiających się autorytaryzmu i nieodpowiedzialności PiS, poruszonych ich kłamstwami, napastliwą retoryką, arogancją nadszedł czas próby, wspólnego oporu, obrony konstytucji, także obrony prawa do dumy z bezprecedensowego sukcesu Polski, którego byliśmy i jesteśmy częścią. Nawet jeśli POLITYKA będzie ignorowana lub atakowana (jak tyle razy w historii) przez obóz władzy, nie odpuścimy, bo zaprzeczylibyśmy sobie i całej tradycji naszej gazety. Niby pisaniem nie naprawia się świata, ale mamy poczucie, że setki tysięcy naszych czytelników to potężna armia, która dopiero wychodzi w pole. Co tydzień będziemy jej dostarczać amunicji, bo europejska, otwarta, wolna, solidarna Polska potrzebuje dziś argumentów do obrony.

Jubileuszowa okazja to właściwie jedyny moment, żeby publicznie odnowić nasze deklaracje wiary. Jest wśród nich – ze względu na okrągłostołowe ideowe pochodzenie obecnej POLITYKI – jakaś nadzieja na nowy Okrągły Stół, który położyłby kres dzisiejszej zimnej wojnie domowej. To może być naiwność i złudzenie, ale naszą cechą była też przez dekady obrona złudzeń. Jak się patrzy z perspektywy 60 lat, to dzisiejsza władza (odwołując się do powiedzenia Obamy) wygląda tylko jak przecinek, a nie kropka. Piszemy dalej tę historię.

Polityka 8.2017 (3099) z dnia 21.02.2017; 60 lat POLITYKI; s. 37
Oryginalny tytuł tekstu: "Nasza nisza"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rozmowa z lesbijkami, szczęśliwymi małżonkami

Gdy słyszę, że ktoś krzyczy za mną lesba, wzruszam ramionami i idę dalej. A nawet gdybym miała zareagować, powiedziałabym: tak, lesba, i co z tego? – rozmowa z Małgorzatą Rawińską i Ewą Tomaszewicz.

Joanna Cieśla
12.06.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną