Tygodnik Polityka

Realia i marzenia

Jak historia Polski przeplatała się z losami POLITYKI

Trzech naczelnych – Jan Bijak, Mieczysław F. Rakowski i Jerzy Baczyński – na uroczystości z okazji 40-lecia tygodnika Trzech naczelnych – Jan Bijak, Mieczysław F. Rakowski i Jerzy Baczyński – na uroczystości z okazji 40-lecia tygodnika Tadeusz Późniak / Polityka
Jak to z POLITYKĄ było w latach 1957–2017.
Promocyjny plakat Stasysa Eidrigeviciusa, laureata pierwszej edycji Paszportów POLITYKI w 1993 r.repr. Tadeusz Późniak/Polityka Promocyjny plakat Stasysa Eidrigeviciusa, laureata pierwszej edycji Paszportów POLITYKI w 1993 r.
Pierwsza strona ostatniej POLITYKI w formacie gazetowymArchiwum Pierwsza strona ostatniej POLITYKI w formacie gazetowym
Okładka pierwszego numeru w zmniejszonym formacie i w kolorzeArchiwum Okładka pierwszego numeru w zmniejszonym formacie i w kolorze

Artykuł w wersji audio

Dziesięć lat temu POLITYKA świętowała swoje 50. urodziny. Były obchody, ukazały się teksty wspomnieniowe, powstała nawet książka, która opowiadała historię tygodnika i ludzi z nim związanych (Wiesław Władyka, „»Polityka« i jej ludzie”, Warszawa 2007; tytuł nawiązywał do książki Michała Radgowskiego z 1981 r. „Polityka i jej czasy”). Można sobie przeczytać.

Z dzisiejszej perspektywy tę pierwszą pięćdziesiątkę nawet lepiej widać niż kiedyś. Widać, że POLITYKA była z jednej strony wytworem swoich czasów, a z drugiej, że sama je kształtowała. Czyniła to co tydzień, rok w rok w nieustannym związku z rzeczywistością, która podlegała logice – jak mówiono w redakcji – kolejnych etapów, wymierzanych rytmem historii podręcznikowej. Gdy się pojawiła, akurat zaczynał rządzić Władysław Gomułka, potem, wiadomo, Edward Gierek, okres Solidarności 1980–81 i gen. Wojciech Jaruzelski. Rok 1989 otworzył kolejny etap Polski już niepodległej i demokratycznej, przynależącej w końcu i do NATO, i do Unii Europejskiej. Polska, a wraz z nią POLITYKA, przechodziła transformację i adaptację, wielkie reformy i przemiany, można powiedzieć – wielką rewolucję, choć w tempie i stylu ewolucyjnym, na szczęście. W sumie te 17 lat nowej Polski to wyłanianie się Trzeciej RP, następnie jej dorastanie, aż po egzamin przynajmniej maturalny.

Tamten jubileusz wypadł w momencie, gdy Trzecia RP została zaatakowana przez Czwartą, akurat prezydentem oraz premierem Polski byli bracia bliźniacy, Lech i Jarosław Kaczyńscy. Jakimś może żartem historii jest to, że sześćdziesiątkę przychodzi świętować POLITYCE, gdy Polską rządzi jednoosobowo Jarosław Kaczyński, powracający tak do słów, jak i czynów sprzed 10 lat.

Tak więc historia POLITYKI ściśle wiąże się z dziejami Polski, najpierw w wydaniu PRL, potem Trzeciej RP. Przecież pismo ma też własną historię, swoje wewnętrzne przełomy, blaski i cienie, powodzenia i niepowodzenia, choć bilans, można nie być tak znowu skromnym, tak dzisiaj, jak i 10 lat temu wypadał i wypada w sumie pozytywnie. Jeśli mierzyć go choćby pozycją rynkową i kulturową pisma, tysiącami wiernych czytelników różnych pokoleń, nagrodami dziennikarskimi, uznaniem środowiskowym, wreszcie tekstami, ich poziomem i siłą oddziaływania.

A się nie zanosiło. Bo pismo zostało powołane przez Gomułkę, by hamować Październik ’56, by zwalczać prasę, która pozostawała w ciągu rewolucyjnym i parła do dalszych zmian. W redakcji zasiedli zaufani towarzysze, często wysoko umocowani w centralnym aparacie PZPR. Całością kierował prof. Stefan Żółkiewski wspierany przez instruktora KC Mieczysława F. Rakowskiego, który wnet zastąpił pierwszego naczelnego, gdy ten został oddelegowany do innych politycznych zadań. Tak zakończył się ten początkowy, niezbyt chwalebny, etap w dziejach pisma. Było ono zresztą nudne, siermiężne i bez wdzięku, napchane referatami i mentorstwem partyjnym.

Ledwie po trzydziestce Mieczysław F. Rakowski, gdy przejmował odpowiedzialność za POLITYKĘ, doprawdy nie wiadomo skąd wiedział, że dziennikarstwo powinni uprawiać dziennikarze, że jakość produktu prasowego jest wypadkową talentów autorskich i redaktorskich. I zaczął przyjmować do tygodnika dziennikarzy według podstawowej zasady: pokaż tekst. Nie przejmował się zresztą, skąd kto przychodzi, tak więc często byli to koledzy z redakcji rozwiązanych i przeczyszczonych przez Gomułkę, także ci, których wcześniej POLITYKA zwalczała. A więc ludzie POLITYKI. Już niebawem zaczęto ich nazywać bandą Rakowskiego, bo tworzyli rzeczywiście zespół lojalny wobec szefa i wobec siebie, także wobec coraz wyraźniejszego stylu pisma, jego wartości i odrębności, swoistej inności. Tworzyli też jakość, bo w redakcji pracowali najwybitniejsi dziennikarze, związani z pismem przez długie lata, którzy zaczynali jako adepci, młodzi zdolni, a dzisiaj można ich odnaleźć we wszystkich encyklopediach jako klasyków.

POLITYKA w niczym nie przypominała czegokolwiek istniejącego na ówczesnym rynku prasowym w Polsce, zwłaszcza gdy osiągnęła – po kilku latach – sprawność dobrze naoliwionej maszyny, gdy zaczęła zdobywać popularność i czytelników, gdy stawała się z wolna liderem wśród polskich tygodników. Aż wreszcie zasłużyła sobie na opinię, że była w ogóle najlepszą gazetą między Władywostokiem a Łabą.

Była oczywiście pismem systemu, nie kontestowała go, ale dążyła – jak wielu tzw. rewizjonistów i reformatorów partyjnych – do jego racjonalizacji, modernizacji, uczłowieczenia. Wnet weszła w konflikt z twardą częścią aparatu władzy, która zresztą w latach 60. sięgała wprost do haseł nacjonalistycznych, antysemickich, aż wreszcie wyrychtowała wielką hecę Marca ’68. Wtedy też POLITYKA znalazła się w krańcowym zagrożeniu, ledwie uratowała swój los.

Była atakowana, w języku tamtych konfliktów, za kosmopolityzm, menedżeryzm, rewizjonizm, za zauroczenie Zachodem. Dawano wymowne przykłady. A to, że pismo zdecydowanie występowało przeciwko antysemityzmowi, a to, że w dyskusjach o gospodarce upominało się o rachunek ekonomiczny, a to, że zachęcało do nauki języków obcych, nie tylko rosyjskiego, a to, że opisywało kraj z realnymi problemami, a nieraz jak gdyby z jakiejś planety absurdu. Przy czym w odróżnieniu od długiej tradycji polskich tygodników pismo nie skupiało się na kulturze, na kulturze wysokiej czy – jak by ktoś powiedział – salonowej, lecz poszło ze swoimi pytaniami i odpowiedziami do szerokiej warstwy inteligenckiej, często z pierwszego pokolenia, do inteligencji dużych miast, to oczywiste, ale też do tej w małych miastach i na prowincji, do nauczycieli, lekarzy, inżynierów. Nawiązało kontakt bliski ze swoimi czytelnikami, czego przejawem była obfita korespondencja w dwie strony, prezentowana także w wyborze na łamach.

POLITYKA była wielotematycznym magazynem z bardzo silnym działem ekonomicznym oraz zagranicznym, czym także wyróżniała się spośród konkurencji. Przekraczała kolejne granice sprzedawanego nakładu, sięgającego wreszcie ponad 400 tys., rekord w tej kategorii nie do pobicia do dzisiaj.

Taką stała się POLITYKA już w latach 60. I taką pozostała do 1989 r., choć po drodze przeżywała swoje rozczarowania, dostawała zadyszki i coraz mniej wierzyła, że system da się uratować. Gdy w latach 70. powstała Polska alternatywna, podziemna, ze swoją kulturą i odrębnym obiegiem komunikacyjnym, pismo starało się trzymać kontakt ze swoimi czytelnikami, być im nadal potrzebne. Niemniej przeżyło kryzys wewnętrzny, gdy duża część zespołu opuściła redakcję w proteście wobec stanu wojennego Grudnia ’81 i wobec decyzji redaktora naczelnego, który wszedł w wysoką politykę razem z Jerzym Urbanem, jednym z czołowych publicystów tygodnika. Ci, którzy zostali w redakcji, już pod kierownictwem Jana Bijaka, próbowali żeglować między nielegalną opozycją, nieufnością władzy a czytelnikami, którzy pisma nie opuścili. To był ciężki czas, jednak udało się – co okazało się zbawienne na kolejnym etapie – zbudować nowy zespół łączący kolegów z przeszłości z kolegami nowymi, z młodszego pokolenia, którzy przychodzili nieraz po negatywnych weryfikacjach stanu wojennego i z pism rozwiązanych, zaangażowani w działalność Solidarności.

I co istotne, ta symbioza budowała się na fundamentach i zasadach starej POLITYKI, na sposobach pisania i redagowania wypracowanych przez ponad 20 lat pracy redakcji i zbierania doświadczeń. Oczywiście były one dostosowane do nowych warunków i wyzwań.

A że był to duży kapitał, okazało się w 1989 r. i w kilku kolejnych, gdy decydował się los pisma. Weszło ono z pełną akceptacją w nową Polskę i wraz ze swoimi czytelnikami próbowało nie tylko się do niej dostosować, ale też ją kształtować. W naturalny i zrozumiały sposób liderem tej zmiany stał się Jerzy Baczyński, przedstawiciel tego solidarnościowego pokolenia, który stanął także na czele przedsiębiorstwa, jako że szansą i wymogiem czasu była konieczność i możliwość usamodzielnienia się i przekształcenia się pisma w podmiot gospodarczo-prawny.

I to się stało. Jest cała opowieść o tych przygodach i  przedsięwzięciach, o budowaniu przedsiębiorstwa, o tworzeniu dużego zespołu, w którym dziennikarze z czasem nie stanowili dominującej większości. O konieczności i umiejętności zarabiania pieniędzy, o budowaniu własnej siedziby przy ul. Słupeckiej w Warszawie, o zakładaniu Radia TOK FM, przejmowaniu tygodnika „Forum”, wspomaganiu „Res Publiki” i wielu jeszcze inicjatywach wydawniczych. O nagrodach POLITYKI, a więc historycznych, o Paszportach dla młodych twórców, o nagrodzie im. Barbary N. Łopieńskiej za najlepszy wywiad roku, nagrodach naukowych. Wreszcie o zmianie formuły pisma, o „100 stronach w kolorze”. W książce na półwiecze zostały opisane kolejne batalie pisma, polityczne, ale także rynkowe; znane teksty i akcje POLITYKI, awantury, powody i pola konfrontacji z konkurencją. To była gęsta historia.

Dodajmy, że ewolucja treści pisma, unowocześnienie jego formuły wydawniczej, poszerzenia tematyczne pozwoliły na rynkową sprzedaż tej oferty z wielkim powodzeniem. Było to konieczne, by zdobyć konieczny kapitał do rozwoju, do zbudowania podstaw firmy działającej na własny rachunek, w warunkach twardej i czasami bezwzględnej rywalizacji. Tych kilkanaście lat nowej historii pisma to znowu ludzie. Ci, którzy już byli, ale w coraz większej liczbie ci, którzy przychodzili, bo przedsiębiorstwo potrzebowało nowych sprawności i ról. I oczywiście dziennikarze, znowu z różnych miejsc i kierunków, po to by pisać o nowych zjawiskach, by wreszcie pisać o polityce otwarcie, bez cenzury, i w końcu, by zastąpić zmarłych wspaniałych kolegów. Bo z redakcji w zasadzie nie odchodziło się na inne sposoby, jak też nigdy nie wystąpiła w niej pokusa jakiejkolwiek rewolucyjnej zmiany personalnej.

I znowu jakoś tak wychodziło, że POLITYKA była jak gdyby taka sama, choć przecież już bardzo inna. Bez bałwochwalstwa wobec swojej przeszłości, ale też bez wstydu; z ugruntowanym racjonalizmem, z otwarciem na Europę i modernizację, z tolerancją, z wrażliwością na prawa człowieka i obywatela. To wszystko było w tym piśmie zawsze, choć nie zawsze mogło być prezentowane otwarcie i wprost. Za to właśnie była znienawidzona przez ortodoksów i radykałów, kiedyś partyjnych, potem też partyjnych, ale z innych ugrupowań. Bądź niepartyjnych tak czy inaczej.

50. rocznica POLITYKI przypadła w okresie, w którym aktywnie, ideowo i praktycznie zanegowano porządki polskiego państwa tworzonego po 1989 r. Czyli zasady państwa prawnego, demokracji liberalnej, republikańskie. Dlatego też pismo zdecydowanie opowiedziało się, nigdy wcześniej z taką siłą i tak wyraziście, za tymi zagrożonymi wartościami i regułami. Było to znamienne podsumowanie drogi, jaką przeszła POLITYKA, a też manifest jej poglądów.

Ostatnie 10 lat POLITYKI, tak jak zresztą Polski, jest rozpięte między pojawieniem się Czwartej RP i jej recydywą, a ściślej mówiąc, między Jarosławem Kaczyńskim i Jarosławem Kaczyńskim. Bo to był i jest polityk, który 10 lat temu i także dzisiaj w największym stopniu decydował i decyduje o kierunku polskiej polityki. Teraz zresztą, z powodu dysponowania większością parlamentarną, w ogromnym zakresie. W każdym razie POLITYKA, od momentu gdy w 2005 r. prezydentem został Lech Kaczyński, a jego brat Jarosław zaczął układać z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin koalicję do rządzenia, po uprzednim rozbiciu idei sojuszu PiS z Platformą Obywatelską, przyjęła postawę zasadniczej nieufności. Miała bowiem dobrze rozpoznane założenia programowe i ideowe tej tzw. Czwartej RP, która miała zastąpić Trzecią. Niepokoił też styl uprawianej polityki przez PiS, jego propaganda i niepohamowana retoryka. Dawano temu wyraz w licznych tekstach.

A jako że była to polityka nieustannego wywoływania konfliktów, prowokowania napięć, nieoczekiwanych zwrotów i zygzaków taktycznych, harcownictwa nowo wykreowanych polityków i nowych ministrów, także POLITYKA w swojej politycznej publicystyce osiągała stan podwyższonej mobilizacji. Co tydzień właściwie musiała odnosić się do kolejnych incydentów, ostrych słów prezesa PiS czy innego partyjnego lidera, do deklaracji o odkryciu kolejnych spisków i układów, kolejnych afer. A też do barwnej i egzotycznej historii układania, a potem działania koalicji rządzącej, w której każdy z trzech członów sam przez się, na własną rękę, zmuszał do publicystycznej reakcji. Także prezydent Lech Kaczyński, jako aktywny udziałowiec polityki brata bliźniaka, stał się wydajnym dostarczycielem faktów wymagających komentarza, a coraz częściej protestów.

Były także głębsze i szersze powody utrzymywania tej temperatury publicystycznej. Po pierwsze, niezgoda na niesprawiedliwą, błędną ocenę dorobku Polski po 1989 r., która w ogóle wiązała się z nową wersją historii Polski współczesnej. Zasadniczy sprzeciw budziły zwłaszcza zohydzające oceny poszczególnych rządów i polityków (z wyjątkiem rządu Jana Olszewskiego), którzy budowali Trzecią RP i nią zarządzali.

Po drugie, projekt Czwartej RP i jego praktyczna realizacja. POLITYKA z wielką starannością analizowała wszelkie zapowiedzi zmian, ich uzasadnienia, wykładane cele i środki, swoistą i bardzo autorską dialektykę i semantykę polityczną Jarosława Kaczyńskiego. Wedle zasady: czytelnicy uwaga!, te projekty i te słowa w istocie otwarcie i szczerze zapowiadają przyszłość, określają kierunki polityki.

Ta polityka była zresztą już realizowana, zwłaszcza gdy za rządzenie osobiście wziął się Jarosław Kaczyński, wymieniając w fotelu premiera Kazimierza Marcinkiewicza. Pasmo awantur i afer, oburzające praktyki władzy, wymiaru sprawiedliwości i służb specjalnych, widowiskowe konferencje prasowe, kampanie oszczerstw i kłamstw… Tragedia Barbary Blidy, afera doktora G., afera gruntowa, czystki personalne, przygody agenta Tomka… Do wyboru i do koloru.

Tak więc to ostatnie dziesięciolecie rozpoczęło się ostro, zmusiło POLITYKĘ do konfrontowania się z ideologią i praktyką Czwartej RP. Konfrontacja ta przybrała ostrą formę jesienią 2007 r., gdy doszło do przyspieszonych wyborów parlamentarnych. Miano pismu za złe, że tak wyraźnie opowiedziało się w kampanii wyborczej za Platformą Obywatelską, choć po prawdzie opowiedziało się przede wszystkim przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu. Mocne było w redakcji poczucie, że Polska staje przed wyborem zapewne miary historycznej, że POLITYCE – z jej systemem wartości i przeświadczeniami – nie tylko przystoi wyrazić jednoznaczną opinię, że wręcz ma taki obowiązek.

Ten ówczesny oczywisty i jednoznaczny wybór POLITYKI określił też całe następne 10-lecie. Bo właśnie nie chodziło o emocjonalnie ugruntowane poparcie dla PO, ale o zatrzymanie Czwartej RP. To był i nadal jest najważniejszy polityczny imperatyw pisma. Dlatego też warunkowe wsparcie otrzymali ci, którzy przeciwstawiali się polityce Jarosława Kaczyńskiego, którzy respektowali podstawowe normy demokracji liberalnej i państwa prawnego, dawali gwarancje przewidywalności. Z rachunku politycznego wynikało, które formacje miały najwięcej siły i mogły liczyć na najwięcej głosów, czyli miały największe szanse, by odebrać zwycięstwo PiS. W tym sensie POLITYKA zapraszała do uprawiania realnej polityki, do dokonywania wyborów odpowiedzialnych, ze znajomością skutków tak, a nie inaczej wypełnionej kartki wyborczej.

To jednak wcale nie oznaczało, że spektrum poglądów i interpretacji było w piśmie ograniczane, że nie można było krytykować Trzeciej RP i snuć planów jej naprawy. Przeciwnie, chyba żadne inne pismo przez te 8 lat rządzenia Platformy Obywatelskiej nie było tak dla niej dokuczliwe i tak uważne w ocenianiu kolejnych pomysłów i działań; właściwie trudno znaleźć w tych latach jakikolwiek tekst polityczny czy ekonomiczny, który nie zawierałby krytyki i postulatów korekty.

POLITYKA towarzyszyła dwóm kadencjom PO i PSL, prawie dwóm kadencjom premiera Donalda Tuska, potem Ewy Kopacz. W sumie, odbierała rządzenie koalicji PO-PSL jako dość udane, akceptowane przez wyborców mocowanie się z kryzysem, ze skomplikowaną rzeczywistością i z bezwzględną opozycją. Jakoś rozumiała filozofię ciepłej wody w kranie, równoważonej całkiem sprawnym programem modernizacji kraju, postępującej europeizacji Polski, choć kilkakrotnie przyciskała Tuska, także w bezpośrednich wywiadach domagając się wizji, strategii, aktywności. Nie mogła zresztą premierowi wybaczyć zaniechania w rozliczaniu Czwartej RP, była krytyczna co do stylu i sensu wielu decyzji personalnych, jak też maniery „zanikania Tuska” i zapominania o składanych zapowiedziach i obietnicach. Demonstrowała także obawę, iż wyjazd premiera do Brukseli przyczyni się do klęski Platformy w nadchodzących wyborach. Niemniej koalicja była oceniana jako kolejna ekipa, która w normalny sposób zastąpiła poprzednią, gotowa oddać pałeczkę następnej. Tyle tylko, że ta normalność wciąż była zagrożona i każde wybory nabierały znaczenia nadzwyczajnego.

Tych prób wyborczych w ciągu dziesięciolecia było wiele, bo poza parlamentarnymi i prezydenckimi dochodziły także wybory do europarlamentu oraz do samorządów. Można powiedzieć, że właściwie co chwilę był jakiś sprawdzian, zmieniali się aktorzy na tej scenie, pojawiali się nowi, a zanikali inni, niemniej podstawowy konflikt zawsze i wszędzie sprowadzał się przed 2015 r. do walki „PiS z niePiS-em”, a personalnie do konfrontacji Jarosława Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem. O to w istocie chodziło, nawet jeśli w 2010 r. w wyborach prezydenckich stanęli naprzeciw siebie Jarosław Kaczyński i Bronisław Komorowski.

We wszystkich tych wyborach POLITYKA zajmowała wyraziste stanowisko, krytyczne wobec PiS, a już zwłaszcza po katastrofie smoleńskiej, gdy partia ta i jej lider wbrew oczywistym faktom wykreowali legendę zamachu i posłużyli się nią w budowaniu propagandy nienawiści. Tragedia smoleńska, a potem jej polityczne interpretowanie i wykorzystywanie rozłamały polską politykę, więcej, rozłamały polskie społeczeństwo. Obserwowaliśmy zjawisko wyłaniania się wspólnoty narodowo-katolicko-populistycznej, wrogiej wobec innych, agresywnej, a prowadzonej przez Jarosława Kaczyńskiego, wspieranego przez o. Rydzyka i wielu hierarchów kościelnych. To tak powstawał tzw. żelazny elektorat PiS, strategia tej partii i jej różnorodne taktyki. Wszystkie te czynniki złożyły się na dwa wielkie sukcesy wyborcze formacji Kaczyńskiego w 2015 r., prezydencki i parlamentarny.

Oczywiście wystąpiły i inne okoliczności wzmacniające szanse PiS, takie jak osłabnięcie PO (afera podsłuchowa, wyjazd Tuska do Brukseli) czy zręczne przygotowanie oszukańczych kampanii wyborczych przez ludzi Kaczyńskiego, wreszcie blamaż lewicy – wszystkie one pozwalały widzieć w wynikach wyborów jakąś przypadkowość, jakiś drobny błąd w sztuce. Tym większa była zresztą irytacja POLITYKI, która uważała, że zwycięstwo PiS nie było przesądzone, że wielu wyborcom (i politykom) zabrakło wyobraźni i dojrzałości.

Irytacja wynikała również z tego, że polityka praktyczna PiS, wspierana przez prezydenta Dudę, natychmiast pokazała wszystkie te cechy i metody, o których POLITYKA pisała od 10 lat, przestrzegała przed nimi, straszyła – jak niektórzy mówili. Szybko wyszło, że i tak brakowało wcześniej wyobraźni, władza okazała się nawet jeszcze bardziej bezceremonialna, cyniczna, radykalna, jeszcze bardziej ostentacyjna, bez żadnych oporów i wstydu (cóż to za słowo w tym miejscu?) i bez liczenia się z przeciwnikami w parlamencie, bez zważania na opinię publiczną w kraju i na świecie.

Obchodzimy zatem 60-lecie naszego pisma w kraju dotkniętym ciężkim kryzysem politycznym, z zakwestionowanymi podstawami konstytucyjnymi państwa, ze społeczeństwem głęboko podzielonym i zwaśnionym. Tym bardziej chcemy w tym jubileuszu widzieć znak refleksji i nadziei.

POLITYKA, właściwie cała prasa polska, czy chce, czy nie, jest zmuszona do wyraźnego określenia swojego miejsca w konflikcie, który trawi Polskę. I POLITYKA czyni to bez wahania, bo taka jest potrzeba chwili. Czyni to wyraziście, sięgając nawet po nową formę wypowiedzi, której wcześniej nie używała. Redaktor naczelny pisze, już po wprowadzeniu „dobrej zmiany”, co tydzień komentarz wstępny do numeru, w którym objaśnia, jak to się kiedyś mówiło, linię polityczną pisma. Czyli jaki ma POLITYKA stosunek do faktów, do idei, do polityki władzy, do jej słów. Jest to także swoisty przewodnik po zawartości pisma, przedstawiający czasami może nie zawsze wystarczająco widoczne intencje redakcji, jej poglądy w konkretnej sprawie.

Taki był podstawowy ścieg polityczny pisma w tej ostatniej dziesięciolatce. Ale przecież tygodnik większość swojej zawartości, jak zawsze, poświęcał wszystkim dziedzinom życia społecznego. Poza tzw. przodem numeru, gdzie publikowane są teksty najbardziej gorące w danym tygodniu oraz te, które wykreślają linię polityczną, zawsze pojawiały się artykuły w dziale Kraj/Społeczeństwo, rozstrzelone tematycznie i formalnie, wywiady, reportaże, raporty. Tu POLITYKA trzymała Polskę za puls. Potem Rynek, a więc gospodarka, potem Świat, Nauka, Historia oraz Kultura, po części na poważniej, po części bardziej lekko (Ludzie i style). I wreszcie Na własne oczy, czyli fotoreportaż. A pomiędzy i na końcu, i na początku dziesiątki krótszych informacji, fotografii pokazujących historię in statu nascendi.

Jasne, w czasach tak bardzo politycznych i na łamach pisma o tytule POLITYKA tematyka polityczna musiała być reprezentowana wprost. Właśnie ze względu na charakter i ciężar konfliktu, który Polskę trawi od 10 lat, polityka wyzierała zewsząd, także w nieoczekiwanych czasami miejscach tygodnika. Niemniej pismo miało zawsze także świetne teksty dotykające zdecydowanie pozapolitycznych rejonów i dziedzin; świadczyły o tym liczne nagrody tematyczne i branżowe, które zdobywali jego dziennikarze. Właściwie – trzy pokolenia dziennikarzy.

Najstarszy redaktor POLITYKI ma przeszło 90 lat, a najmłodsi niespełna 30, pośrodku zaś – wszystkie słoje pokoleniowe. Wystarczy przejrzeć stopkę wydawniczą, by zobaczyć, jak liczny i różnorodny to jest zespół.

Naturalnym biegiem rzeczy w redakcji mają miejsce awanse, przesunięcia, zmiany ról, odejścia na emeryturę i niestety odejścia na zawsze. Przykładowo kierowanie działem Kultura z rąk Zdzisława Pietrasika przejął Bartek Chaciński, dział Kraj zaś – z rąk Ewy Wilk – Martyna Bunda. Mariusz Janicki, szef działu politycznego, został zastępcą redaktora naczelnego.

Obok działów pojawiła się działka sportowa, którą obsługuje Marcin Piątek. W zespole i na łamach tygodnika zabłysnęli nowi koledzy: Łukasz Wójcik, Artur Domosławski, Rafał Woś, Cezary Kowanda, Jędrzej Winiecki, Juliusz Ćwieluch, Agnieszka Sowa, Malwina Dziedzic, Jacek Kowalczyk, Anna Dąbrowska, Justyna Sobolewska, Marta Mazuś, Elżbieta Turlej, Violetta Krasnowska, Rafał Kalukin i Ewa Siedlecka, której obecność otwiera następne sześćdziesięciolecie POLITYKI.

POLITYKA to zatem tytuł z wyjątkową w polskiej prasie 60-letnią tradycją, ale też spore przedsiębiorstwo. Na tle wielu innych wydawnictw POLITYKA trzyma się nieźle. Bo nadal, na szczęście, cieszy się wsparciem czytelników. Poczuliśmy to mocno, gdy dwa lata temu rekordowe kilkanaście tysięcy czytelników odpowiedziało bezpośrednio na ankietę redakcyjną, przekazując swoje opinie, porady, ale także uznanie dla jej autorów.

Tak czy inaczej, trudno czasami nie otrząsnąć się ze zdziwienia, że gdy w 1989 r. dziennikarze POLITYKI wzięli pismo w swoje ręce, mieli tylko maszyny do pisania i nic więcej, poza długami. Teraz ta historia ma za sobą już 28 lat, tak więc w całej biografii pisma za chwilę współczesność zrówna się z peerelowską przeszłością, a Jerzy Baczyński – co też ma rangę symbolu – długością swojego redaktorstwa wyprzedzi dotychczasowego rekordzistę Mieczysława F. Rakowskiego.

Polityka 8.2017 (3099) z dnia 21.02.2017; 60 lat POLITYKI; s. 40
Oryginalny tytuł tekstu: "Realia i marzenia"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Homofobusy jeżdżą po polskich miastach. Szokują i wykluczają

Homofobusy rozpowszechniają nieprawdziwe informacje na temat osób LGBT. To akcja Fundacji Pro-Prawo do Życia, która wbrew nazwie odmawia osobom nieheteroseksualnym prawa do wolnego od dyskryminacji życia w Polsce.

Agata Szczerbiak
17.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną