Jak historia Polski przeplatała się z losami POLITYKI

Realia i marzenia
Jak to z POLITYKĄ było w latach 1957–2017.
Trzech naczelnych – Jan Bijak, Mieczysław F. Rakowski i Jerzy Baczyński – na uroczystości z okazji 40-lecia tygodnika
Tadeusz Późniak/Polityka

Trzech naczelnych – Jan Bijak, Mieczysław F. Rakowski i Jerzy Baczyński – na uroczystości z okazji 40-lecia tygodnika

Promocyjny plakat Stasysa Eidrigeviciusa, laureata pierwszej edycji Paszportów POLITYKI w 1993 r.
repr. Tadeusz Późniak/Polityka

Promocyjny plakat Stasysa Eidrigeviciusa, laureata pierwszej edycji Paszportów POLITYKI w 1993 r.

Pierwsza strona ostatniej POLITYKI w formacie gazetowym
Archiwum

Pierwsza strona ostatniej POLITYKI w formacie gazetowym

Okładka pierwszego numeru w zmniejszonym formacie i w kolorze
Archiwum

Okładka pierwszego numeru w zmniejszonym formacie i w kolorze

audio

Audio Polityka Wiesław Władyka - Realia i marzenia

Dziesięć lat temu POLITYKA świętowała swoje 50. urodziny. Były obchody, ukazały się teksty wspomnieniowe, powstała nawet książka, która opowiadała historię tygodnika i ludzi z nim związanych (Wiesław Władyka, „»Polityka« i jej ludzie”, Warszawa 2007; tytuł nawiązywał do książki Michała Radgowskiego z 1981 r. „Polityka i jej czasy”). Można sobie przeczytać.

Z dzisiejszej perspektywy tę pierwszą pięćdziesiątkę nawet lepiej widać niż kiedyś. Widać, że POLITYKA była z jednej strony wytworem swoich czasów, a z drugiej, że sama je kształtowała. Czyniła to co tydzień, rok w rok w nieustannym związku z rzeczywistością, która podlegała logice – jak mówiono w redakcji – kolejnych etapów, wymierzanych rytmem historii podręcznikowej. Gdy się pojawiła, akurat zaczynał rządzić Władysław Gomułka, potem, wiadomo, Edward Gierek, okres Solidarności 1980–81 i gen. Wojciech Jaruzelski. Rok 1989 otworzył kolejny etap Polski już niepodległej i demokratycznej, przynależącej w końcu i do NATO, i do Unii Europejskiej. Polska, a wraz z nią POLITYKA, przechodziła transformację i adaptację, wielkie reformy i przemiany, można powiedzieć – wielką rewolucję, choć w tempie i stylu ewolucyjnym, na szczęście. W sumie te 17 lat nowej Polski to wyłanianie się Trzeciej RP, następnie jej dorastanie, aż po egzamin przynajmniej maturalny.

Tamten jubileusz wypadł w momencie, gdy Trzecia RP została zaatakowana przez Czwartą, akurat prezydentem oraz premierem Polski byli bracia bliźniacy, Lech i Jarosław Kaczyńscy. Jakimś może żartem historii jest to, że sześćdziesiątkę przychodzi świętować POLITYCE, gdy Polską rządzi jednoosobowo Jarosław Kaczyński, powracający tak do słów, jak i czynów sprzed 10 lat.

Tak więc historia POLITYKI ściśle wiąże się z dziejami Polski, najpierw w wydaniu PRL, potem Trzeciej RP. Przecież pismo ma też własną historię, swoje wewnętrzne przełomy, blaski i cienie, powodzenia i niepowodzenia, choć bilans, można nie być tak znowu skromnym, tak dzisiaj, jak i 10 lat temu wypadał i wypada w sumie pozytywnie. Jeśli mierzyć go choćby pozycją rynkową i kulturową pisma, tysiącami wiernych czytelników różnych pokoleń, nagrodami dziennikarskimi, uznaniem środowiskowym, wreszcie tekstami, ich poziomem i siłą oddziaływania.

A się nie zanosiło. Bo pismo zostało powołane przez Gomułkę, by hamować Październik ’56, by zwalczać prasę, która pozostawała w ciągu rewolucyjnym i parła do dalszych zmian. W redakcji zasiedli zaufani towarzysze, często wysoko umocowani w centralnym aparacie PZPR. Całością kierował prof. Stefan Żółkiewski wspierany przez instruktora KC Mieczysława F. Rakowskiego, który wnet zastąpił pierwszego naczelnego, gdy ten został oddelegowany do innych politycznych zadań. Tak zakończył się ten początkowy, niezbyt chwalebny, etap w dziejach pisma. Było ono zresztą nudne, siermiężne i bez wdzięku, napchane referatami i mentorstwem partyjnym.

Ledwie po trzydziestce Mieczysław F. Rakowski, gdy przejmował odpowiedzialność za POLITYKĘ, doprawdy nie wiadomo skąd wiedział, że dziennikarstwo powinni uprawiać dziennikarze, że jakość produktu prasowego jest wypadkową talentów autorskich i redaktorskich. I zaczął przyjmować do tygodnika dziennikarzy według podstawowej zasady: pokaż tekst. Nie przejmował się zresztą, skąd kto przychodzi, tak więc często byli to koledzy z redakcji rozwiązanych i przeczyszczonych przez Gomułkę, także ci, których wcześniej POLITYKA zwalczała. A więc ludzie POLITYKI. Już niebawem zaczęto ich nazywać bandą Rakowskiego, bo tworzyli rzeczywiście zespół lojalny wobec szefa i wobec siebie, także wobec coraz wyraźniejszego stylu pisma, jego wartości i odrębności, swoistej inności. Tworzyli też jakość, bo w redakcji pracowali najwybitniejsi dziennikarze, związani z pismem przez długie lata, którzy zaczynali jako adepci, młodzi zdolni, a dzisiaj można ich odnaleźć we wszystkich encyklopediach jako klasyków.

POLITYKA w niczym nie przypominała czegokolwiek istniejącego na ówczesnym rynku prasowym w Polsce, zwłaszcza gdy osiągnęła – po kilku latach – sprawność dobrze naoliwionej maszyny, gdy zaczęła zdobywać popularność i czytelników, gdy stawała się z wolna liderem wśród polskich tygodników. Aż wreszcie zasłużyła sobie na opinię, że była w ogóle najlepszą gazetą między Władywostokiem a Łabą.

Była oczywiście pismem systemu, nie kontestowała go, ale dążyła – jak wielu tzw. rewizjonistów i reformatorów partyjnych – do jego racjonalizacji, modernizacji, uczłowieczenia. Wnet weszła w konflikt z twardą częścią aparatu władzy, która zresztą w latach 60. sięgała wprost do haseł nacjonalistycznych, antysemickich, aż wreszcie wyrychtowała wielką hecę Marca ’68. Wtedy też POLITYKA znalazła się w krańcowym zagrożeniu, ledwie uratowała swój los.

Była atakowana, w języku tamtych konfliktów, za kosmopolityzm, menedżeryzm, rewizjonizm, za zauroczenie Zachodem. Dawano wymowne przykłady. A to, że pismo zdecydowanie występowało przeciwko antysemityzmowi, a to, że w dyskusjach o gospodarce upominało się o rachunek ekonomiczny, a to, że zachęcało do nauki języków obcych, nie tylko rosyjskiego, a to, że opisywało kraj z realnymi problemami, a nieraz jak gdyby z jakiejś planety absurdu. Przy czym w odróżnieniu od długiej tradycji polskich tygodników pismo nie skupiało się na kulturze, na kulturze wysokiej czy – jak by ktoś powiedział – salonowej, lecz poszło ze swoimi pytaniami i odpowiedziami do szerokiej warstwy inteligenckiej, często z pierwszego pokolenia, do inteligencji dużych miast, to oczywiste, ale też do tej w małych miastach i na prowincji, do nauczycieli, lekarzy, inżynierów. Nawiązało kontakt bliski ze swoimi czytelnikami, czego przejawem była obfita korespondencja w dwie strony, prezentowana także w wyborze na łamach.

POLITYKA była wielotematycznym magazynem z bardzo silnym działem ekonomicznym oraz zagranicznym, czym także wyróżniała się spośród konkurencji. Przekraczała kolejne granice sprzedawanego nakładu, sięgającego wreszcie ponad 400 tys., rekord w tej kategorii nie do pobicia do dzisiaj.

Taką stała się POLITYKA już w latach 60. I taką pozostała do 1989 r., choć po drodze przeżywała swoje rozczarowania, dostawała zadyszki i coraz mniej wierzyła, że system da się uratować. Gdy w latach 70. powstała Polska alternatywna, podziemna, ze swoją kulturą i odrębnym obiegiem komunikacyjnym, pismo starało się trzymać kontakt ze swoimi czytelnikami, być im nadal potrzebne. Niemniej przeżyło kryzys wewnętrzny, gdy duża część zespołu opuściła redakcję w proteście wobec stanu wojennego Grudnia ’81 i wobec decyzji redaktora naczelnego, który wszedł w wysoką politykę razem z Jerzym Urbanem, jednym z czołowych publicystów tygodnika. Ci, którzy zostali w redakcji, już pod kierownictwem Jana Bijaka, próbowali żeglować między nielegalną opozycją, nieufnością władzy a czytelnikami, którzy pisma nie opuścili. To był ciężki czas, jednak udało się – co okazało się zbawienne na kolejnym etapie – zbudować nowy zespół łączący kolegów z przeszłości z kolegami nowymi, z młodszego pokolenia, którzy przychodzili nieraz po negatywnych weryfikacjach stanu wojennego i z pism rozwiązanych, zaangażowani w działalność Solidarności.

I co istotne, ta symbioza budowała się na fundamentach i zasadach starej POLITYKI, na sposobach pisania i redagowania wypracowanych przez ponad 20 lat pracy redakcji i zbierania doświadczeń. Oczywiście były one dostosowane do nowych warunków i wyzwań.

A że był to duży kapitał, okazało się w 1989 r. i w kilku kolejnych, gdy decydował się los pisma. Weszło ono z pełną akceptacją w nową Polskę i wraz ze swoimi czytelnikami próbowało nie tylko się do niej dostosować, ale też ją kształtować. W naturalny i zrozumiały sposób liderem tej zmiany stał się Jerzy Baczyński, przedstawiciel tego solidarnościowego pokolenia, który stanął także na czele przedsiębiorstwa, jako że szansą i wymogiem czasu była konieczność i możliwość usamodzielnienia się i przekształcenia się pisma w podmiot gospodarczo-prawny.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną