Lekarz Aleksandra Jagiellończyka

Klinika setnika
Tajemnicze przypadki doktora Aleksandra Balińskiego, który nieskutecznie leczył jednego z Jagiellonów.
Aleksander Jagiellończyk według Marcello Bacciarellego
Zbyszko Siemaszko/Forum

Aleksander Jagiellończyk według Marcello Bacciarellego

W początkach 1506 r. poważnie zachorował król Aleksander Jagiellończyk, przebywający podówczas na Litwie. Chorował już rok wcześniej, ale wtedy „pilnością lekarzy z niemocy wyzwolony został”. Kronikarze różnie określali królewską dolegliwość – jedni jako paraliż, inni, że król zaraził się morowym powietrzem, jeszcze inni, łącząc obie koncepcje, pisali o „paraliżowym powietrzu”. Jakkolwiek chorobę nazwać, stosowane medykamenty nie pomagały i król był coraz słabszy. Wtedy ktoś z otoczenia królewskiego wpadł na pomysł, żeby posłać pod Kraków, w okolice Olkusza, po doktora Aleksandra Balińskiego.

Kim był ten lekarz, że z Wilna aż do Krakowa – odległość na owe czasy niebagatelna! – po niego posyłano? Skąd pochodził? Gdzie się kształcił?

Nie wiemy na pewno, czy kończył studia medyczne, czy rzeczywiście był lekarzem. Czy też tylko – jak dość zgodnie piszą kronikarze – za takiego się podawał. Niektóre źródła wręcz nazywają go szarlatanem i mataczem. Z kolei w swojej jedynej wydanej książce twierdzi Baliński, że jego nauczycielem był Jan z Piotrkowa, profesor Akademii Krakowskiej, co było przecież łatwe do sprawdzenia – więc może jednak kształcił się w Krakowie i uzyskał dyplom? Ale nawet jeśli lekarzem dyplomowanym nie był, leczyć musiał swoich pacjentów skutecznie, bo zjeżdżali się do wioski Balin pod Olkuszem pacjenci tłumnie, niezrażeni wysokim honorarium, jakie sobie doktor winszował: nie brał mniej – przynajmniej od bogatych – niż 100 czerwonych złotych, więc krakowscy lekarze, nieco zazdrośni o jego popularność, zjadliwie przezwali go setnikiem.

Polak, co udawał Greka

Nie wiemy, jak się oryginalnie nazywał: nazwisko Baliński przyjął od swojej żony, córki szlachcica spod Olkusza. Nie jesteśmy też pewni jego imienia – w jednym tylko źródle pojawia się jako Aleksander, wszyscy inni historycy traktują go dość obcesowo po nazwisku. Pewna jest narodowość: był Polakiem, chociaż w początkach kariery podawał się za Greka z dość znanej w Polsce rodziny Laskarisów. Potem, już jako Baliński, przed zawiścią kolegów z Krakowa ukrył się w posiadłości teścia, gdzie – jak pisze Marcin Bielski – „między chłopy górnymi mieszkał, a tak się był ze swym matactwem rozsławił, iż ze wszystkiego królestwa, a zwłaszcza mieszczanie z Krakowa do niego się cisnęli”.

Książka, którą wydał Baliński, nosiła tytuł „De praestantia medicinae”, czyli „O znakomitości medycyny”. Tadeusz Czacki w swoim dwutomowym opracowaniu „O litewskich i polskich prawach” nazywa ją nikczemnym dziełem; powtarzają to za nim później inni historycy. Oburzenie Czackiego wywołują zawarte w książce Balińskiego uwagi o prokreacji. Pisze on mianowicie, że „w 16 skończonym roku życia kobieta dojrzewa w Sarmacji, czyli w Polsce”, a kobiety „powszechnie rodzą tylko do 55 roku życia”, on natomiast swoją umiejętnością sprawił, że urodziła dziecko kobieta 60-letnia. Czy tylko te kwestie są powodem nazwania książki nikczemną? Nie wiemy i niewielkie są szanse, by to samemu ocenić, bo dziełka nie ma w żadnej z polskich bibliotek.

Do takiego doktora przyjeżdżają posłańcy, wzywając pilnie do chorego króla Aleksandra. Balińskiemu jednak wcale nie było spieszno i „nie chciał się z miejsca ruszyć, aż mu trzysta czerwonych złotych wypłacono” – stawka monarsza wzrosła, jak widać, trzykrotnie w stosunku do zwyczajowej. Wtedy kazał sobie sprowadzić z Wawelu aptekę królewską; czekał na nią w Łobzowie, nie chcąc wjeżdżać do miasta z obawy przed krakowskimi lekarzami. Dopiero po jej przywiezieniu wyruszył do Wilna.

Kurację zastosował królowi dość radykalną; polecił przygotować „w jednej z izb zamku wileńskiego gorącą łaźnię, do której rozmaitych ziół mocnych w kotliki, drugie w garnce nakładł, a z wierzchu nad parą króla położył, przyprawiwszy ktemu miejsce, aby się pocił”. Po skończonej łaźni polecał królowi pić wina „co najmocniejsze” oraz małmazję – co brzmi może sympatycznie, ale w owych czasach zdecydowanie się kłóciło z przyjętymi sposobami leczenia. Maciej Stryjkowski („Kronika Polska, Litewska, Żmudzka i wszystkiej Rusi”) wręcz go podejrzewa (co inni kronikarze zgodnie i chętnie za nim powtarzają) o zmowę z księciem Michałem Glińskim w celu pozbawienia życia króla. Mocno to naciągana teoria, bo chociaż Gliński rzeczywiście – ale dopiero później, już za panowania Zygmunta Augusta – przeszedł na stronę moskiewską, to Aleksandrowi Jagiellończykowi był wierny, i kiedy Baliński aplikował swoją kurację królowi, Gliński zwycięsko wojował z Tatarami.

Trudno powiedzieć, czy mimo, czy z powodu stosowanego leczenia stan króla pogarszał się wyraźnie, ale Baliński z konsekwencją dalej prowadził swoją kurację. Dopiero stały lekarz królewski Maciej z Błonia uprosił kanclerza Łaskiego, „aby gwałtem tego bałamuta od króla odwiódł. Widząc i Łaski, że król już w pół śmierci leżał”, odwiódł go skutecznie, nakazując Balińskiego aresztować, zamknąć w więzieniu i trzymać pod kluczem do przyjazdu ze Śląska królewskiego brata Zygmunta. Zdrowie króla po zaprzestaniu potnej kuracji nieco się poprawiło, a Baliński jakimś sposobem jednak z więzienia się uwolnił (znowu podejrzewano tu rękę Michała Glińskiego) i uciekł do Krakowa.

Dworska niemoc

Król Aleksander zmarł 19 sierpnia tegoż 1506 r., kilka miesięcy po ucieczce Balińskiego z Wilna, trudno go więc o śmierć królewską obwiniać. I chociaż choroba i przyczyna śmierci nie jest do końca wyjaśniona, niektórzy współcześni historycy podejrzewają, że król zmarł na tę samą przypadłość, na którą trzy lata wcześniej umarł jego brat, kardynał prymas Ferdynand, „długą chorobą francuską zemdlony”. Kiła, zwana wtedy przymiotem albo dworską niemocą, a wśród ludu popularnie francą, pojawiła się w Polsce ok. 1493 r. i była na początku chorobą bardzo zjadliwą, zbierającą dość obfite śmiertelne żniwo. Jej przyczyn nie znano, leczyć nie umiano jeszcze długo, a astrologowie przypisywali szerzenie się choroby wpływowi Saturna i Jowisza...

W Krakowie początkowo schronił się Baliński wraz z żoną w klasztorze norbertanek na Salwatorze, potem u paulinów na Skałce. Tam znowu dosięgła go ręka sprawiedliwości: został uwięziony „do dworu biskupiego”, gdzie siedział dosyć długo, aż wreszcie go wypuszczono ze względu na problemy ze zdrowiem.

Po wyjściu z zamknięcia albo został zmuszony do zaprzestania działalności lekarskiej, albo zrażeni pacjenci przestali się u niego leczyć. By zdobyć środki do życia, powrócił więc potajemnie do alchemii (którą zajmował się trochę w młodości) w nadziei uzyskania złota z ołowiu. Kariera alchemika nie była jednak tak błyskotliwa jak lekarska, bo złota uzyskać się nie udało. Na nieudane doświadczenia „wydał co miał i to czego nie miał, bo się u łatwowiernych krakowskich mieszczan zadłużył, uciekł więc precz od żony i tyle go było widać”.

Dokąd uciekł? Jak potoczyły się jego dalsze losy? Kiedy umarł? Podobnie jak początek życia Balińskiego, tak i jego koniec wymyka się uwadze kronikarzy. Po ucieczce z Krakowa wszelki ślad po Balińskim zaginął.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną