Rocznice dawnych bitew

Nagie miecze na lemiesze
Hermann zwycięzca przeszedł do historii pod rzymskim iminiem Arminius
Wikipedia

Hermann zwycięzca przeszedł do historii pod rzymskim iminiem Arminius

Fragment Pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie. Król Władysław Jagiełło na koniu
Stephen Sienczyk/PantherMedia

Fragment Pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie. Król Władysław Jagiełło na koniu

Liturgia Grunwaldu

A jaki portret własny na dziś dostrzegamy w odległym lustrze bitwy z 1410 r.? Grunwald dla Polaków to więcej niż dla Niemców Las Teutoburski. To lekarstwo na nasz wciąż żywy kompleks zachodniego sąsiada, a także symbol dawnej militarnej sprawności jak i początku złotego wieku, który z unii polsko-litewskiej na trzysta lat uczynił jedno z regionalnych centrów cywilizacyjnych Europy.

Zarazem historyczne usytuowanie obu bitew jest przeciwstawne. Wódz Cherusków, zdradzając Rzym, odrzucił wejście do ówczesnej UE. Natomiast dwaj litewscy bracia – Jagiełło i Witold – byli nie tylko wyraźnymi rzecznikami opcji zachodniej, ale poprzez Grunwald stali się tego Zachodu pełnoprawnymi członkami. Ich konflikt z państwem krzyżackim był po przyjęciu katolicyzmu przez Litwę konfliktem wewnątrz Zachodu, a nie – jak to przedstawiała krzyżacka propaganda – zderzeniem cywilizacyjnym zachodniego chrześcijaństwa z poganami.

Dlatego Sven Ekdahl, autor wydanej w 1982 r. po niemiecku znakomitej monografii „Grunwald 1410” (Tannenberg 1410), główną uwagę poświęca nie tyle starciu hard power, walce na polach Grunwaldu, ile prawniczym sporom polsko-krzyżackim na soborze w Konstancji 1414 r., gdzie zderzyły się dwie różne koncepcje rozszerzania zachodniego chrześcijaństwa na wschód. Nawracanie siłą, jak chcieli Krzyżacy? Czy raczej poprzez soft power – sojuszami, przykładem i tolerancją?

Jeszcze nie wiemy, jaka 15 lipca będzie nasza oficjalna „liturgia słowa” na polach Grunwaldu. Łatwo sobie wyobrazić, że scenarzyści naszego narodowego autyzmu w gorącej fazie kampanii prezydenckiej znów zechcą się posłużyć Grunwaldem do podkręcania ksenofobicznych nastrojów. Na Grunwald także można dziś spojrzeć z trzech perspektyw: poprzez stosunek centrum i peryferii Zachodu w wiekach XII–XV. Poprzez historię konfliktu z 1410 r. I przez ewolucję polskiego i niemieckiego mitu Grunwaldu w wiekach XIX i XX.

W ciągu ostatniego półwiecza polscy mediewiści wnieśli ogromny wkład do wiedzy o dziejach młodszej Europy na peryferiach Zachodu. W czasach, gdy powojenna publicystyka i beletrystyka pokazywały Niemców jako dziedzicznego wroga, który przez wieki prostą drogą zmierzał do hitlerowskiego ludobójstwa, zawodowi historycy przyznawali, że to tylko odległe lustro, a rzeczywisty obraz polsko-niemieckiej historii był bardziej wielowymiarowy. Dziś nawet Konrad Mazowiecki – za ściągnięcie Krzyżaków nad Wisłę uznany za jednego z głównych winowajców polskich dziejów – doczekał się wnikliwej i zrównoważonej oceny. Henryk Samsonowicz pokazał ambitnego mazowieckiego władykę, który coś tam wiedział i rozumiał z układu sił w Europie. Ale dysproporcje w ówczesnym zderzeniu cywilizacyjnym były zbyt wielkie, by mógł z zacofanego Mazowsza dostrzec rzeczywiste europejskie mechanizmy. Jego apetyty były peryferyjne, sięgały Krakowa. W marzeniach sennych może Rusi. Zarazem nie dawał sobie rady z Bałtami. Wdał się więc w układy z partnerem asymetrycznym, który miał w ręku same asy.

A gdyby zarzucił swój pomysł i nie zaprosił Krzyżaków? Czy po najeździe mongolskim w 1241 r. książęta mazowieccy sprostaliby naciskom Bałtów, uzyskaliby wsparcie książąt dzielnicowych? Raczej nie. W końcu papież wezwałby do krucjaty przeciwko poganom i historia wróciłaby na te same tory – bez Grunwaldu i nie wiadomo z jaką Polską.

Zwykle z naszej pamięci umyka, że polscy królowie z Krzyżakami spotykali się nie tylko na długość dwóch grunwaldzkich mieczy, ale także jako sojusznicy. Gdy po rezygnacji z Wrocławia Kazimierz Wielki zajmował Lwów, miał wsparcie państwa zakonnego. Również okoliczności bitwy pod Grunwaldem były bardziej poplątane, niż głosi mit tysiącletnich polsko-niemieckich zmagań. W swej książce „Niemcy w Polsce” Marek Zybura zwracał uwagę, że pod Grunwaldem w kilkunastotysięcznej armii krzyżackiej było tylko 500 rycerzy zakonnych. Resztę stanowiło pospolite ruszenie z Prus i Pomorza, w tym wielu Polaków. Z kolei w armii Jagiełły byli także Niemcy z Małopolski, jak Zyndram z Maszkowic czy chorąży królewski Marcin z Wrocimowic.

Na niemieckie mieszczaństwo w Polsce patrzymy zwykle poprzez bunt wójta Albrechta przeciwko Łokietkowi. Ale w tym samym czasie niemieccy mieszczanie Nowego Sącza zdecydowanie Łokietka poparli. W końcu jeszcze 150 lat po Grunwaldzie w kościele Mariackim w Krakowie kazania wygłaszano po niemiecku. Wspomnienie tych faktów wywołuje w Polsce takie same oburzenie internautów, jak za Odrą opinia Herzingera o nieprzydatności Hermanna dla dzisiejszych Niemców.

Plaster na kompleksy

Wbrew sienkiewiczowskiej i peerelowskiej legendzie – uzasadnianej w XIX w. germanizacyjną polityką Bismarcka, a w 1960 r. nieuznawaniem granicy na Odrze i Nysie przez NRF – konflikt polsko-krzyżacki w XV w. nie był ani etniczny, ani cywilizacyjny, lecz mocarstwowy. Przy czym oba bloki: Polska-Litwa oraz państwo zakonne wspierane przez cesarza i króla czeskiego, były wieloetniczne.

Jakoś trudno stylizować dziś Grunwald – podobnie jak Las Teutoburski – na symbol dziedzicznej wrogości. Natomiast można tę jedną z największych bitew średniowiecza uznać za symbol przesuwania się młodszej Europy od peryferii ku cywilizacyjnemu centrum. A także za symbol skutecznych struktur unijnych, jakie wówczas potrafiły wypracować elity decydujące o losach Korony i Wielkiego Księstwa. To pamięć o nich może być naszym wianem do UE. A wygrana bitwa pod Grunwaldem to jedynie dowód menedżerskiej sprawności. I miejmy nadzieję, że tak 1410 r. pokaże film o Grunwaldzie kręcony właśnie przez Litwinów.

Chciałoby się, by w lipcu z pól Grunwaldu wyszło do Europy równie pokojowe wezwanie, jakie w zeszłym roku zostało wysłane z Kalkriese. Marzy się też, by w 600 rocznicę Grunwaldu polski premier i niemiecka pani kanclerz wystąpili z polsko-niemiecką inicjatywą upamiętnienia 800 lat wzajemnego przenikania kultur na tamtych terenach. Aż się prosi wspólna odbudowa Sztynortu, w którym biskup warmiński Ignacy Krasicki czuł się u swych niemieckich przyjaciół Lehndorffów jak u siebie. Sztynort – związany także z niemieckim ruchem oporu przeciwko Hitlerowi – mógłby być miejscem spotkań badaczy i nauczycieli historii z tych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, które mają wielokulturowe dziedzictwo.

Zarazem nie ma co się łudzić. Grunwald długo jeszcze będzie dla nas plastrem na nasze kompleksy. W Niemczech Ralf-Peter Märtin poprawiał historię wbrew niemieckim mitom XIX w., uważając, że jednak lepiej byłoby, gdyby Arminius pozostał Rzymianinem. Stać go na takie obrazoburstwo, bo niemieckie poczucie własnej wartości opiera się dziś na powojennych sukcesach demokracji i solidnej gospodarki.

U nas wciąż jeszcze fikcja zaspokaja niespełnione sny o potędze. Przykładem kuriozalna political fiction Dariusza Spychalskiego „Krzyżacki poker”. Jest 1957 r. Rzeczpospolita to jedyne mocarstwo Zachodu, Irlandia i połowa Niemiec są częścią zachodniego kalifatu, a Rosja odepchnięta gdzieś pod Ural. Brandenburgia i państwo krzyżackie są polskimi lennami, ale Krzyżacy wciąż knują. Wykradają z Irlandii genialnego fizyka i budują koło pól grunwaldzkich bombę atomową. Jednak polskim siłom specjalnym przy pomocy propolskich Prusów udaje się zapobiec katastrofie.

W XIX w. powieściowe zwycięstwa Kraszewskiego i Sienkiewicza pod Grunwaldem były realną mobilizacją zniewolonego narodu. Ich naśladownictwa w wolnej Polsce XXI w. są już tylko natręctwami mocarstwowej neurastenii.

 

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną