Najdłuższa wojna Polski Ludowej
Cudzoziemiec odwiedzający polskie miasta w 1945 r. mógł odnieść wrażenie, że nieomal wszyscy Polacy zostali spekulantami.
Gdańsk, 1956. Targowisko przy ulicy Ptasiej
Zbigniew Kosycarz/KFP

Gdańsk, 1956. Targowisko przy ulicy Ptasiej

Po wojnie „spekulant” oznaczał wroga. Prawie tak groźnego jak „reakcjonista” czy „andersowiec”. W oficjalnej prasie przypadła mu bardzo ważna rola kozła ofiarnego, na którego zrzucano winy za wzrost cen, braki na rynku i wszelkie niepowodzenia gospodarcze. W tym sensie był erzacem „Żyda”.

Porównanie do tekstów antysemickich nie jest bezzasadne. Można wręcz odnieść wrażenie, że „spekulant” to ciągle „Żyd”, choć pozbawiony semickich rysów, rekwizytów, sposobu zachowania i mówienia. Podobnie jak on nie posiadał cech ludzkich – był zwykle przedstawiany jako bezpłciowy handlarz dążący po cichu, w zmowie z innymi do zniweczenia zbiorowego wysiłku odbudowy. Podobnie jak „Żyd” zagrażał: destabilizował rynek, wywoływał panikę, demoralizował. Porównywalny był również język nagonki. Widać to, zwłaszcza gdy prasa posługiwała się resentymentem piętnując „spekulantów” za ich „bogactwo”. Przekaz brzmiał: spekulanci to krwiopijcy bogacący się naszym kosztem.

Co jest charakterystyczne, ta część obrazu nie kłóciła się z przedstawieniami „spekulantów” jako żyjących i handlujących w brudzie. W Radomiu w styczniu 1946 r. w „Dzienniku Powszechnym” pisano: „Wciąż jeszcze panoszy się zakorzeniony w czasie okupacji handel pokątny, sprzedawanie pieczywa i wędlin w koszykach, torbach, na ulicy, w bramach, na targach w warunkach urągających najprymitywniejszym zasadom higieny – w kurzu, w brudzie, wprost w rynsztokach”. Dziennikarka „Dziennika Bałtyckiego” pisała: „Gdynię oblazło wprost robactwo różnych podejrzanych spekulantów i rozhandlowanych paniusieczek bez najmniejszych kupieckich kwalifikacji, którzy w błyskawicznym tempie chcieliby powetować sobie wszelkie straty wojenne i także »zrobić« miliony tu na niciach, zapałkach, papierosach, boczku, szabrowanych prześcieradłach itd.”.

Publicznie nawoływano do tępienia tego „robactwa”. Gdy jesienią 1945 r. ceny poszybowały w górę i na kartki nic nie można było dostać, wiele gazet rozpisywało się o rzekomych żądaniach klasy robotniczej, by ustanowić sądy ludowe dla spekulantów. Jak w czasach średniowiecza: „Domagamy się ostrych represji w stosunku do lichwiarzy”. Nie grożono wprawdzie mękami piekielnymi, ale obozami pracy, na które „spekulanci” byli zresztą skazywani.

Bitwa o handel

Apogeum „walki ze spekulacją” nastąpiło wiosną 1947 r. podczas tzw. bitwy o handel. Publikowane na czołówkach gazet autorytarne żądania surowych kar oraz późniejsze doniesienia o wyrokach służyły odwróceniu uwagi opinii publicznej od autentycznych źródeł niepowodzeń gospodarczych.

Spekulanci to jednak nie tylko propagandowe przedstawienia, etykiety rzekomej społecznej gangreny. To także autentyczne zjawisko, fenomen okresów przełomów i zawirowań. Zbiorowość ta miała wiele cech tłumu. Była niejednorodna, przypadkowa, nie da się jej wyodrębnić ze względu na płeć, wiek czy pochodzenie społeczne. Należeli do niej bez mała wszyscy: dzieci handlujące papierosami, zbyt szybko dojrzała młodzież, żony przedwojennych oficerów i nauczyciele wyprzedający swoje księgozbiory, robotnicy i cinkciarze. Za spekulanta uchodził handlarz rąbanką i rekin okupacyjnego podziemia gospodarczego.

Za spekulanta uważano pośrednika, który wykupuje towar, gromadzi go, a następnie sprzedaje z zyskiem, wywołując w ten sposób wzrost cen. To najczęściej dziki handlarz, nieposiadający uprawnień, bez sklepu czy magazynu, niepłacący podatków, „luźny”. Takich ludzi po wojnie były tysiące.

Metamorfoza nastąpiła już w pierwszych latach wojny. W 1942 r. – jak szacował ekonomista Wacław Jastrzębowski – w zaspokojeniu potrzeb żywnościowych ludności miejskiej udział rynku nielegalnego wynosił ok. 70–80 proc. Oznaczało to zatrudnienie w nielegalnym handlu setek tysięcy ludzi. W czasie wojny utworzył się długi łańcuch pośredników. Funkcjonowaniem czarnego rynku, w Krakowie zwanego tandetą, zainteresowani byli nie tylko mieszkańcy miasta. Również chłopi widzieli w nim szansę na poprawę swojej sytuacji. Dlatego, gdy tylko nadarzała się okazja, nie wywiązywali się z narzuconych im kontyngentów, nielegalnie dokonując uboju zwierząt rzeźnych. Kolejny element łańcucha stanowili ci, którzy skupowali towar od chłopów. Inni, tych było najwięcej, wozili go na sobie do miast. Szmuglerami-przewoźnikami były najczęściej kobiety, od których obrotności i odwagi w obliczu niemieckich represji zależało często życie miast.

Nowi mieszczanie

Czarny rynek rozrastał się także dlatego, że oficjalny przestał spełniać swoje funkcje regulujące, spętany narzuconymi przez Niemców przepisami, np. zakazem handlu białym pieczywem i mięsem. Wszystko to wraz z wyłączeniem z życia gospodarczego, a później z życia w ogóle ludności żydowskiej spowodowało narodziny „nowego mieszczaństwa”. Szmuglerzy, luźni handlarze, pośrednicy, polscy nowi rzemieślnicy weszli w buty pozostawione przez Żydów, nie tylko w sensie metaforycznym, niekiedy w grę wchodziło przejęcie klientów, kiedy indziej również maszyny do szycia, warsztatu. W tych warunkach w Generalnej Guberni powstał nielegalny rynek, zdaniem historyka Tomasza Szaroty bodaj największy i spełniający ważniejszą rolę w porównaniu do tego typu tworów w innych okupowanych krajach Europy.

Zakończenie wojny wcale nie zniosło sprzyjających czarnemu rynkowi warunków. Ba, miał się on jeszcze lepiej niż podczas okupacji. Ludzie funkcjonowali w starych koleinach, psychicznie przywykli do wojennego stylu życia. Dziennikarka łódzkiego „Kuriera Popularnego” zauważyła: „Handel to choroba. Epidemiczna i niestety chroniczna. Jego bakcyle przeniknęły już do nas zbyt głęboko, przeżarły na wskroś. My już nie potrafimy żyć normalnie”.

Ale czarny rynek nie działał tylko siłą rozpędu. Do dzikiego handlu zmuszał porównywalny do czasów wojny głód wiosną 1945 r. i głodne zimy lat następnych. Ponadto ci, którzy handlem pokątnym zajmowali się tylko dorywczo, teraz musieli zeń uczynić główne źródło utrzymania, ponieważ ich wcześniejsze miejsca pracy zostały zniszczone, czasem nie zostały jeszcze uruchomione z braku surowców, nieraz pracodawca przestał płacić, bo po prostu nie miał czym. Powszechnie powtarzano okupacyjną sentencję: kto nie handluje, ten nie żyje. W marcu 1945 r. ktoś ze stolicy pisał w przejętym przez cenzurę liście: „Straszna bieda jest w Warszawie, bo nie ma żadnych zarobków, nie ma z czego żyć, tylko ci żyją, co handlują, a ci, co pracują, to głód cierpią”.

Silnym środkiem wzmacniającym czarny rynek okazał napływ towarów pochodzących z szabru. W spauperyzowanym społeczeństwie był olbrzymi popyt na tego typu luksusowe towary. Spekulację napędzało także samo państwo, narzucając niespodziewaną wymianę pieniędzy w styczniu 1945 r. Przeprowadzona po bałaganiarsku spowodowała zatrzymanie na pewien czas obrotu pieniężnego, co w konsekwencji spowodowało rozkwit handlu wymiennego. Ponieważ nowy reżim utrzymał obowiązkowe kontyngenty na wsi, również jej mieszkańcy zainteresowani byli sprzedażą towarów rolnych na czarnym rynku. W październiku 1945 r. gazety donosiły: „Znów szerzy się nielegalny ubój bydła”.

 

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną